[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Marzeny wyprowadziło ją z równowagi. Poczuła dziwną solidarność z tą dziewczyną.
- Skąd się wzięłaś? - przerwała milczenie. - Skończyłam etnografię w Poznaniu,
ale co mo\na po tym robić? Dwa lata temu przyjechałam na wakacje do domu na wieś
i tak ju\ zostałam z rodzicami. Nie miałam siły się wyrwać. A tu nagle zjawia
się twój ojciec i proponuje mi pracę. No to co mam do stracenia? - A ja
myślałam, \e tylko śpicie ze sobą. - Nie. Jak na razie nie spaliśmy. Ale nie
mogę powiedzieć, \eby nie był pociągający - z nadzieją w głosie stwierdziła
dziewczyna. - Kto? Mój ojciec? - Cleo nie potrafiła ukryć zakłopotania.
Prokurator, Kucharski, Chmielewski i dyrektor banku szli obok siebie korytarzem
hotelu. - Aadny hotel. Amerykański? - spytał Kucharski. - Za dwa lata go
odkupimy - zaśmiał się szeroko Chmielewski. - Postawimy to miasto na nogi. To
będzie nasze Księstwo Pomorskie - snuł plany Kucharski. Chmielewski wsunął ręce
do kieszeni i wpadł w jeszcze lepszy humor. - Autostrada to dopiero początek
prawdziwych interesów. - Panowie, to du\a forsa, nie tylko dla nas - dorzucił
Kucharski Prokurator prze\uł ostatni kęs i pospiesznie włączył się do rozmowy. -
Mam listę tych, którzy chcą dla nas pracować, firmy, firemki. Stara sprawdzona
gwardia. - A co z koncesją? - od niechcenia zapytał Chmielewski. Mijali właśnie
długonogą piękność więc odpowiedz nadeszła z opóznieniem. - W porządku. Wchodzę
do spółki z koncesją w posagu - odpowiedział prokurator. - Plus trzy miliony
dolarów i jesteś naszym kolegą - skrupulatnie jak zawsze wyliczał dyrektor
banku. - O, jest taka firma z Gdańska, która nie stawia warunków. Te\ chcą
koncesję. - Jesteśmy kumplami od trzydziestu lat. Dobrze byłoby mieć kogoś
takiego jak ty w spółce. Naprawdę dobrze - przekonywał Kucharski. - Pomyśl o
tym. - Cały czas myślę - odpowiedział prokurator. - W sprawie tego napadu na
bank zwaliła się komisja z Warszawy. Będę składał jutro zeznania - dyrektor
banku nadał serdeczny ton swojej wypowiedzi. - Policja, prokurator, a tu w biały
dzień ginie dwieście tysięcy dolarów. Twarz prokuratora wykrzywiła się jakby
gołą stopą przydepnął niewielkiego kaktusa. - Znajdę tego złodzieja, jeśli tylko
\yje - wycedził przez zęby. Cała czwórka przedefilowała korytarzem mijając po
drodze kłaniających się recepcjonistów. Na koniec dotarli do baru. - Panowie -
zwrócił się Chmielewski wręczając im kieliszki z rozlanym ju\ szampanem -
wypijmy za naszą przyjazń, za autostradę, za starą wiarę i za spółkę, którą
nazwiemy... - "COMBO"! - wykrzyknęli chórem.
ROZDZIAA 10
We trzech weszli do supersamu. Skorpion, Kobra, a między nimi Robert. Nowoczesny
sklep zapełniony był towarami a\ pod sufit. Produkty z całej Europy spoczywały
tu na półkach. Kusiły barwnymi opakowaniami i odstraszały cenami. Nie wszystkich
jednak, bo o dziwo, mimo póznej pory, sklep był pełen klientów. Z wypełnionymi
po brzegi wózkami ścigali się w drodze do kas. - "Muszę pokazać to ojcu" -
pomyślał Robert. Mieszkali po drugiej stronie miasta, na robotniczym osiedlu, a
sklep był po przeciwnej stronie za kanałem koło dzielnicy willowej. Stanęli za
regałem z karmą dla psów. - No, Prymus, twój debiut. Smile. Skorpion klepnął
przyjaznie Roberta po plecach. Robert ruszył do przodu. Stoisko monopolowe
oferowało setki gatunków wódek stojących rzędami na sześciometrowej długości
regałach. Robert odczekał, a\ ostatni klient odejdzie od kasy. Sam nie wiedział
dlaczego był podniecony. Przecie\ nic nie robił. Miał po prostu podejść do lady
i poprosić o butelkę Johnie Walkera. - Dzień dobry. Poproszę dwie butelki Johnie
Walkera - wydusił z siebie. Ekspedientce było absolutnie obojętne kto stał po
drugiej stronie lady. Nawet nie spojrzała na Roberta. Leniwie przeszła w drugi
koniec stoiska i zaczęła szukać butelki na półce. - "Ju\ po strachu" - pomyślał.
- "Co w tym złego"? - Był nawet z siebie zadowolony. Pokonał pierwszy strach. -
Jest tylko jedna. To ostatnia butelka, nie ma więcej - odpowiedziała leniwie.
Tym razem ekspedientka podniosła wzrok. Ze zdziwieniem stwierdziła, \e klient
zniknął. Rozejrzała się dookoła, ale nikogo nie było. Skorpion i Kobra czekali
na Roberta koło proszków do prania. - No i co? - spytał Kobra. - Wszystko
sprzedali. Nie ma nawet w magazynie - odpowiedział Robert. Kobra pokiwał głową.
Skorpion klepnął Roberta w plecy. - Leć do samochodu - rzucił niedbale. Robert
posłusznie zawrócił na pięcie i zniknął w drzwiach z napisem "wyjście". Kobra i
Skorpion prawie jednocześnie odwrócili się w drugą stronę i poszli w kierunku
drzwi z napisem "Office". - Utyłeś - stwierdził z przekąsem Skorpion. Kobra
spojrzał na niego, a potem na swój brzuch. Poklepał się wciągając jednocześnie
powietrze. -Pierdzielisz. Skorpion wszedł pierwszy na zaplecze. Korytarz był
szeroki. Skrzynki z Coca-Colą zastawiały przejście, ale mimo to mogli iść obok
siebie. Skorpion sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i wyjął \elazny kastet.
Skręcili w prawo w krótki korytarz zakończony drzwiami z napisem "Private". Nie
zwalniając kroku otworzyli i z hukiem weszli do środka. Na środku niewielkiego
pokoju stało biurko, a przy nim siedział właściciel sklepu. Skorpion wyhamował
dopiero przed samym biurkiem. Odwrócony bokiem Szczypiorski nie zareagował na
ich wejście. Był to facet dobijający czterdziestki, niewysoki, o krępej budowie
ciała, którego natura zapomniała obdarzyć szyją. Głowa wyrastała z ramion tak, [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl