[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Gordon z domu, by wyładować wściekłość z dala od dzieci. W tej chwili jednak nie
zostało mu nic innego, jak zająć się tymi właśnie dziećmi, których
twarze wyrażały lęk. Pragnąc wprowadzić spokojniejszy nastrój, wstał od stołu,
pozbierał talerze, nalał wody do cebra i zaczął zmywać.
- Ja także rosłem poza domem - zaczął spokojnie.
- Naprawdę? - Brock popatrzył na niego zaskoczony, po czym oboje z Gwen
podeszli bliżej.
- Tak.
- Dlatego, że też byłeś biedny? - spytała dziewczynka. Morgan pokręcił głową i dał
im po kawałku płótna,
by wycierali naczynia.
- Chciałem zostać rycerzem i musiałem się nauczyć tego rzemiosła. Ojciec
powiedział mi, że najlepszym nauczycielem będzie dla mnie Allistair MacLaren z
naszego klanu. Błagałem go więc, żeby przyjął mnie na służbę i nauczył wszystkiego,
co powinien umieć wojownik.
- Jak długo z nim mieszkałeś? - spytał cicho Brock.
- Trzy lata.
- Trzy lata - powtórzyła wystraszona Gwen. Dzieci popatrzyły po sobie.
- Bardzo cię bił? - spytał Brock.
Morgan przerwał pracę, by spojrzeć na chłopca.
- Czy mnie bił? Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?
- Lindsay poszła kiedyś do pracy w jednym bogatym domu. Miała zostać
pokojówką. To było wkrótce po tym, jak dziadek wrócił z wojny i nie mieliśmy się
gdzie podziać. Przepracowała tam tylko kilka dni.
- Nie spodobało jej się tam?
Chłopiec w milczeniu wycierał talerz, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Lindsay zawsze jest chętna do pracy. Nigdy się nie leni. Kiedy podawała do stołu i
wylała piwo na świeży obrus, jej pani rozzłościła się i ją zbiła.
- Co takiego? - Morgan znieruchomiał. - Zbiła Lindsay?
- Nieraz. W końcu Lindsay uciekła.
- Wróciła do domu?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo się wstydziła. Wstydziła się przed dziadkiem. Przed nami wszystkimi. Ukryła
się w lesie. Kiedy przysłali po nią służącego, dziadek zorientował się, że coś się stało,
i zaczął jej szukać. Znalazł ją pokrwawioną, z pręgami od kija na grzbiecie i na
nogach, w podartym ubraniu. Kiedy rany się wreszcie wygoiły, Lindsay padła
dziadkowi do nóg i prosiła, żeby nie posyłał jej z powrotem do tego domu.
Powiedziała wtedy, że woli żyć w lesie, żywiąc się jagodami i śpiąc w trawie, niż
trafić do okrutnego pana.
Chłopiec odstawił talerz i starannie wytarł ręce. W jego oczach malowały się strach i
smutek. Morganowi ścisnęło się serce.
- To był jedyny raz w życiu - dodał Brock ledwo słyszalnym szeptem - kiedy
widziałem, jak dziadek płakał.
Potem wziął siostrę za rękę i poprowadził w kierunku drabiny.
Kilka godzin pózniej, gdy Morgan wciąż siedział wpatrzony w ogień, do chaty wrócił
Gordon. Mężczyzni nie zamienili ani słowa, ale z twarzy Douglasa łatwo można było
wyczytać, co go gryzie.
Gdy Gordon wspiął się po drabinie na strych, Morgan na nowo popadł w zadumę. Po
kolei rozważał wszystko, czego się dowiedział. Nic dziwnego, pomyślał, że ta
zadziwiająca dziewczyna tak go urzekła.
Na myśl, że ktokolwiek mógłby ją skrzywdzić, MacLaren mimo woli zacisnął
potężne pięści. Przysiągł sobie, że uczyni, co w jego mocy, by nic nie zatruwało
życia kobiecie, którą pokochał.
Kobieta, którą pokochał.
To było zaskakujące odkrycie. Po chwili Morgan uśmiechnął się do siebie
zadowolony. To takie proste. Jest dość potężny, by zrobić, co zechce. Sam poprosi o
rękę Lindsay i wezmie ją za żonę. Wracając do domu, zabierze ze sobą żonę i jej
rodzinę. Zadba, by już nigdy niczego im nie brakło.
Jego żona. Jego rodzina. Kiedy powtarzał te słowa w myślach, czuł w sercu słodycz
szczęścia.
Był tak przejęty, że nie mógł usnąć. Nie mógł się doczekać, kiedy barwy świtu
rozjaśnią niebo, a on udowodni Lindsay, jak bardzo ją kocha.
ROZDZIAA SIÓDMY
- Witaj, moja pani.
- Dzień dobry. - Lindsay zeszła po drabinie.
Na widok stojącego w otwartych drzwiach Morgana jej serce wypełniła radość.
Rozejrzała się zdumiona po izbie. Na palenisku płonął ogień, na piecu stał garnek, z
którego dolatywał zapach owsianki, a na stole stał poobijany cynowy dzban do piwa
-teraz pełen kwiatów.
- Co to wszystko znaczy? - spytała z niespokojnie bijącym sercem.
- Wczoraj wieczorem byłaś taka smutna. - Morgan podszedł do niej i ujął ją za ręce.
- Chciałem sprawić ci dziś z samego rana niespodziankę, która poprawiłaby ci
humor. Czy to był zły pomysł?
- Och, cudowny... - Urwała. - Dopiero co podniosłeś się z łóżka. Odniosłeś ciężkie
rany w bitwie. Nie powinieneś wyręczać mnie w moich obowiązkach.
- A kto właściwie powiedział, że te obowiązki należą do ciebie, Lindsay? - Spojrzała
na niego osłupiała. - Widzę, jak ciężko pracujesz, by zapewnić rodzinie schronienie,
strawę i ubranie - powiedział łagodnie. - Obowiązki trzeba dzielić po równo, bo dla
jednej osoby stanowią zbyt ciężkie brzemię.
- Mój ojciec jest stary i niewiele może zrobić, a dzieci są jeszcze za małe.
Uniosła głowę. Po drabinie schodził ze strychu Gordon z wnukami. Lindsay wyrwała
rękę z dłoni MacLarena i pośpiesznie wróciła do pieca, by zamieszać owsiankę.
Morgan poprawił pled i powitał ojca i bratanków Lindsay. Dzieci obdarzyły go
radosnymi uśmiechami i wybiegły z domu. Za chwilę jednak wróciły ze zdziwionymi
minami.
- Ktoś już napełnił wiadra! - zawołał Brock. - I naszykował opał.
- Wcześnie dziś wstałeś, Morganie MacLarenie. - Gordon zasiadł za stołem i spojrzał
pytająco na gościa.
- Nie mogłem spać, musiałem się nad czymś zastanowić. Odkryłem, że lepiej mi się
myśli, kiedy coś robię. - Morgan zasiadł naprzeciwko ojca Lindsay. - Chciałbym cię
o coś prosić, panie.
Gordon przyjrzał się uważnie rozgorączkowanemu młodzieńcowi.
- Czyżbyś chciał nas już opuścić?
- Opuścić?
- Twoje rany zaczynają się goić.
- Nie. - Morgan uśmiechnął się i pokręcił głową. - Daleko mi jeszcze do tego, bym
mógł znieść drogę do domu.
- O co takiego chcesz mnie poprosić?
- O rękę twej córki.
Przez długą chwilę w izbie panowała kompletna cisza. Morgan odwrócił się do
Lindsay i zobaczył, że dziewczyna stoi nieruchomo z chlebem w rękach. Dzieci także
oniemiały ze zdumienia.
Starszy mężczyzna odkaszlnął.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]