[ Pobierz całość w formacie PDF ]
bezszelestnie o brzeg tuż przed ich stopami, nie zdawali sobie praktycznie
sprawy z istnienia oceanu. Ciężarówka, stojąca od nich nie dalej niż dziesięć
stóp, była jedynie niewyraznym konturem we mgle.
- Spróbuj jeszcze raz - polecił Barney, kątem oka wpatrując się w niemą
ściana skłębionej pustki. Dallas, okutany w smoliście czarne poncho, z twarzą
osłoniętą szerokim rondem kowbojskiego kapelusza, wydobył skądś butle z
płynnym dwutlenkiem węgla, do której przymocowana była syrena
przeciwmgłowa i odkręcił zawór. Jękliwe wycie przetoczyło się nad wodą,
dzwięcząc w uszach jeszcze przez jakiś czas po zamknięciu dopływu gazu.
- Słyszałeś? - spytał Barney.
- Dallas pochylił głowę i nasłuchiwał chwilę.
- Nie. Tylko fale - odparł. - Mógłbym przysiąc, że słyszałem plusk; zupełnie
jakby ktoś wiosłował. Zatrąb jeszcze raz, powtarzaj sygnał co minutę, a w
przerwach nasłuchaj.
Syrena ryknęła ponownie. Barney odchylił zasłona pokrytej brezentem
ciężarówki i zajrzał do środka.
- Coś nowego? - spytał.
Amory Blestead, nie odrywając się od radiostacji, pokręcił przecząco głową.
Ze słuchawkami na uszach obracał powoli zamontowaną na dachu wozu
108
Harry Harrison - Filmowy wehikuł czasu
anteną pelengatora. Obracała się to w jedną, to w drugą strona. Amory
spojrzał i stuknął palcem w tarcze.
- Mogę tylko stwierdzić, że okręt stoi w miejscu. Położenie jest wciąż takie
same. Prawdopodobnie czekają, aż skończy się mgła.
- Jak daleko stąd są teraz?
- Barney, bądz rozsądny. Powtarzałem ci setki razy, że za pomocą tej
aparatury mogę określić kierunek, ale nie odległość. Siła sygnału w odbiorniku
nic mi nie mówi. Może mila, może pięćdziesiąt. Sygnał jest wyrazniejszy niż
trzy dni temu, kiedy złapałem go po raz pierwszy. Oznacza to, że są bliżej, ale
to wszystko, co wiem. Nie wylicza odległości na podstawie zmian położenia,
za dużo zmiennych. Jezdzimy ciągle tam i z powrotem, tak że nie mogę użyć
szybkościomierza ciężarówki jako podstawy do obliczali, poza tym oni także
musieli jakoś się poruszać.
- Dobijasz mnie. Ciągle gadasz o tym, czego nie możesz zrobić. A co w
takim razie potrafisz?
- To samo, w wcześniej. Statek wypłynął z Grenlandii osiemnaście dni temu
Ustawiłem żyrokompas na cieśninę Belle Isle, wymieniłem baterie, włączyłem i
sprawdziłem nadajnik obserwowaliśmy ich wypłyniecie.
- Ty i Lynn mówiliście, że taka przeprawa trwa zaledwie trzy dni - Barney
nerwowo obgryzał paznokcie.
- Mówiliśmy, że m o ż e trwać tylko Cztery dni, ale jeśli zepsuje się pogoda,
zmieni wiatr albo stanie się coś innego w tym rodzaju - podróż może zająć
znacznie więcej czasu. I zajęła. Ale odebraliśmy przecież ich sygnały, co
oznacza, że dopłynęli szczęśliwie.
- To samo mówiłeś dwa dni temu - i co zrobiłeś przez ten czas?
- Powiem ci jak staremu przyjacielowi, Barney. Ta podroż w czasie nic ci nie
pomogła. Jesteśmy tu po to, aby kręcić film, pamiętaj o tym. Cała reszta roboty
pozostaje zupełnie poza zakresem naszych obowiązków - nie myśl zresztą, że
ktoś się skarży. Ale, na litość boską, uspokój się wreszcie, ułatwisz wtedy
życie nam wszystkim. Sobie również.
- Masz racje, masz racje - odparł Barney i było to najbliższe przeprosin ze
wszystkiego, co dotychczas w życiu powiedział. - Ale dwa dni! Oczekiwanie
jest nie do zniesienia.
- Nie ma żadnych powodów do obaw. W czasie takiej mgły, bez wiatru,
zakotwiczeni przy nieznanym brzegu nie mogą się przecież ruszyć. Nie ma
żadnego sensu pętać się tu i tam bez bladego pojęcia dokąd się płynie. W tym
109
Harry Harrison - Filmowy wehikuł czasu
momencie, zgodnie z pelengatorem, jesteśmy tak blisko nich, jak tylko jest to
możliwe bez opuszczania stałego lądu. Gdy tylko mgła się zwieje
wprowadzimy ich do zatoki...
- Hej ! Słyszę coś. Niedaleko stąd, na wodzie - z plaży dobiegi głos Dallasa.
Barney rzucił się jak opętany w stronę plaży. Dallas stał z ręką przytkniętą
do ucha i nasłuchiwał uważnie.
- Cisza - powiedział. - Słyszycie coś? O tam, we mgle. Założę się, że
słyszałem plusk wody, jakby wiosłowanie i odgłosy rozmowy.
Fala załamała się na brzegu i odpłynęła. Przez chwilę panowała martwa
cisza - po czym dał się słyszeć wyrazny plusk wioseł.
- Masz rację - krzyknął Barney, po czym podniósł głos jeszcze wyżej. -
Tutaj... W tę stronę!
Dallas wrzeszczał również, zapominając o syrenie. We mgle unoszącej się
nad wodą zamajaczył ciemny cień.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]