[ Pobierz całość w formacie PDF ]
nie zdradzą, chcą mieć spokój. Tylko żywych można zmusić do mówienia.
Krzych zasypał mogiłę, przeżegnał się i ruszył do dworca. Resztę nocy przespał kamieniem. Gdy się
obudził, oczy miał przygasłe, ale przytomne. Sam kazał podać sobie posiłek i osiodłać konia. Wracali. Unikowi
spadł kamień z serca.
Kundzia już wstała po połogu i snuła się po domu milcząca i zadumana. Nie mówiła więcej z koniuszym o
Krzychu, ale gdy zbierać się począł do wyjazdu, powiedziała:
Zabierzcie mnie ze sobą. Nic tu po mnie i ciężko samej siedzieć.
Co tam prawisz ofuknął ją Budziwoj. Ani twojej dziewuszce podróż zimową porą, ani ja w Kra-
kowie siedział nie będę, jeno do Radochy jadę wywiedzieć się o Krzycha, póki drogi twarde. Gdy wrócę, czas
będzie pomyśleć, co dalej poczynać. A może raniej Krzych wróci.
Oboje jednak już w to nie wierzyli, a jeśli czasem myśleli o tym, to z niepokojem. Nadmiernie przeciągała
się nieobecność Krzycha bez żadnej o nim wieści, drogi były przetarte, dni dłuższe. Jeżeli nie wracał, to dlatego,
że nie chciał, a przyczyna mogła być tylko jedna.
Spierali się parę dni o wyjazd Kundzi, a tymczasem pogoda ustaliła się bezwietrzna, południową porą
pogodne słońce dogrzewało już, pora sposobna do podróży. Stary uparł się jednak, by Kundzia została
przynajmniej, póki się sprawa nie wyjaśni. Zgodziła się już, jeno nalegała znowu, by ochrzcić dziewuszkę, nim
koniuszy wyjedzie, bo prosiła, by do chrztu ją trzymał. Budziwoj machnął ręką:
Mnie dziś a jutro. Nie takowego jej opiekuna trzeba....
Urwał, bo miarkował, że mówi tak, jakby już pewne było, że dziecko bez ojca chować się będzie. Zbierała
się coś odpowiedzieć, gdy na podwórcu wszczął się psi harmider. Psy ujadały radośnie, nie na obcego. Ale w
głosie Kundzi nie było radości, gdy szepnęła pobielałymi wargami:
Krzych!
Kroki, które rozległy się w sieni, były znane i znany skrzyp otwieranych drzwi. Kundzią przymknęła oczy.
Poprzez szum w uszach doszedł ją szorstki głos Budziwoja:
Czemuż stoisz, jakbyś do gospody wstąpił na piwo? Nie mnie prosić ciebie, byś siadał we własnym
domu, a małżonkę powitał.
Nie wiem, zali nie bardziej wasz nizli mój, bo widzę, żeście się tu zadomowili. A małżonkę powitam
nie raniej, aż się dowiem, komu mam dziękować, że nią ostała.
Głos Krzycha drgał hamowanym gniewem. Ale nie hamował gniewu Budziwoj. Pięścią grzmotnął w stół i
zakrzyknął:
Nie było nad cię nie wdzięczniejszego głupca! Gdybyś pytał jak człowiek człowieka, rzekłbym ci, co
chcesz wiedzieć, choć i nic ci po tym, ale na obelgę jedną mam odpowiedz!
Porwał się ku Krzychowi, jakby go uderzyć chciał, ale Krzych ani drgnął, ze swej wysokości patrząc
pogardliwie na koniuszego:
Uderzcie! Wżdy prawię, że nie mój to dom, ale nie dlatego ja nie tknę takowego próchna.
Budziwoj pohamował się. Ciężko dysząc usiadł na ławie i ręką za serce uchwycił. Kundzią, blada jak
opłatek, podeszła ku niemu i objąwszy za ramiona, rzekła spokojnie:
Ja was proszę o wybaczenie. Wżdy nie o to idzie, jak pyta, jeno o co. Co chcesz wiedzieć? zwróciła
się do Krzycha.
Od ciebie pózniej. Teraz pan koniuszy mi powie, po co jezdził do Terki, co mu rzekła i czemu to ja
wiedzieć tego nie byłem godzien?
Budziwoj opanował się największym wysiłkiem i odparł:
Powiem ci. Jeno niech ona wyjdzie. Ona nic nie wie i niechaj się nie dowie.
Wiem odpowiedziała Kundzią spokojnie. Terka mnie mówiła, żeś jest synem Mścigniewa Na-
licza, a Spytek macierz twoją ubił.
Ciszę, jaka zaległa, przerwał drżący głos Budziwoja:
O tym wiedziała i Hanna.
Krzych zaśmiał się z przymusem:
Hanna wiedziała, a Kundzią nie? Prawda to, że byłem głupi, wierzyłem w poczciwość i życzliwość
tam, gdzie obłuda była i fałsz. Ale ninie już wam nu to nie liczyć.
Zwrócił się do Kundzi:
A teraz ty powiedz: wiedziałaś, że Hannę miłuję?
Wiedziałam odparła cicho.
Chciała jeszcze coś dodać. ale przerwał szorstko:
Starczy mi. Tedy nie ma ci krzywdy, gdy odbiorę coś wyłudziła.
Odwrócił się i szedł ku drzwiom. Budziwoj zerwał się i krzyknął:
A dziewuszce, którą ci urodziła, też nie będzie krzywdy?! Szalonemu darmo do rozsądku mówić. Ale
kto sumienie ma głuche, bez czci jest!
Krzych zawrócił i stał blady, a Budziwoj wiercił go przekrwionymi oczyma. Krzych swoje opuścił i wzrok
wbił w ziemię. Potem odparł zduszonym głosem:
Co mam z majętności, jej ostawiam. Mnie już nic nie trzeba i nic więcej nie mam do dania. A za
sieroctwo wam niechaj podziękuje, jako i ja dziękuję.
Odwrócił się i wyszedł. Słyszeli, jak pachołkowi, który konia trzymał u wejścia, wydał rozkaz. Zatętniły
kopyta i ucichło. Kundzią i Budziwoj długo siedzieli w milczeniu. Koniuszy odetchnął głęboko i zaczął:
Niechaj go Bóg...
Położyła rękę na ustach Budziwoja:
Nie przeklinajcie. W żalu was zelżył. Gdy się przekona, jak iście było, wróci.
Pomyślnie z dawna układające się stosunki między Polską a Węgrami zakłóciły krzyżackie i luksemburskie
knowania w Awinionie. Arcybiskup ostrzychomski, Tomasz, korzystając z zamętu w krakowskiej diecezji, zajął
gródki biskupie na prawym brzegu Popradu: Luboml, Gniew, Aętownię i Podoliniec, i w ten sposób część Spiszu
siłą przyłączył do swej diecezji. Na granicy wszczął się niepokój, droga przez Sącz stała się niepewna, a z
zamętu ciągnęły korzyści burzliwe żywioły z obu stron. Ruch handlowy zamierał, bo poczty kupieckie iść
musiały pod silną ochroną, wreszcie zamarł zupełnie, gdy z pocztu, liczniejszego niż zazwyczaj, wróciło tylko
dwóch pachołków. Przypadkiem jeno uszli cało, zatrzymawszy się z tyłu, i zbiegli nie czekając na pozostałych, z
których nie wrócił nikt. Poszły zaraz wieści o zbójeckim napadzie do Nowego Sącza, Rożnowa, Czchowa,
Melsztyna i innych grodów strzegących bezpieczeństwa gościńca, ale tymczasem przewóz w Rytrze opustoszał i
klasztorny gródek, pilnujący cła na przewozie, oraz karczma spały w ciszy jesiennej nocy, zakłóconej tylko
jednostajnym szumem rzeki.
Jednego wieczora ciszę zmąciło pukanie do drzwi gospody i zaspany karczmarz usiadł na posłaniu, nie-
pewny, czy go słuch nie zmylił. Gdy jednak powtórzyło się, jął wstawać z namysłem. Może nadeszły załogi
gródków, mające ścigać zbójców. Ale w takim razie gwar byłby na obejściu, a jak zwykle szumiał jeno Poprad.
Gdy pukanie rozległo się po raz trzeci, niecierpliwe już, karczmarz pobudził parobków i wyjrzał przez
wycięcie w drzwiach. Stał przed nim tylko jeden człowiek, a na podcieniu drugi trzymał dwa konie. Zaczajonych
mogło być więcej, ale karczmarz niepłochliwy był. Rozdmuchał żar, tlejący jeszcze na palenisku gospodniej
izby, ująwszy płonącą szczapę, otworzył zaworę i wyszedł na pole. Przy blasku łuczywa na stojącym u wejścia
[ Pobierz całość w formacie PDF ]