[ Pobierz całość w formacie PDF ]
kula zbierająca całe światło zmierzającego ku zachodowi
słońca i zmuszająca Conana do
mrużenia oczu. Skierował wzrok na mężczyznę w długiej
szacie ze szkarłatnego jedwabiu,
klęczącego nad niewielkim ogniem płonącym na stopniach
Strona 41
Howard Robert E - Conan. Synowie boga niedzwiedzia.txt
piramidy, z przymocowanymi na
głowie wachlarzami przedstawiającymi powiększone
wielokrotnie uszy niedzwiedzia.
Mężczyzna kaszlał i śmiał się, nie był to jednak śmiech
ani ludzki, ani radosny.
Wybrali chyba złe zwierzę szydził głośno Conan na
pewno miały to być uszy
osła!
Nikt mu nie odpowiedział, lecz jeden z rudowłosych
wojowników mruknął coś pod nosem
przestraszonym głosem i Conan musiał zacisnąć szczęki, by
nie krzyknąć z nowego bólu w
plecach i spuchniętych od powrozów kostkach i
nadgarstkach. Jednak, gdy opuścili
dziedziniec i przez spiżowe drzwi weszli do korytarza ze
złotymi gobelinami, na jego twarzy
pojawił się uśmiech i prosto trzymał głowę.
Po raz pierwszy był niesiony nogami do przodu przez
niewolników, którzy na przemian
czołgali się na kolanach i bili czołami w pokrytą mozaiką
podłogę. Po chwili ujrzał tron, tron
Boga Niedzwiedzia. Człowiek, który na nim siedział był
obscenicznie gruby, z pokrytymi
szminką ustami i barwnikiem nałożonym na powieki, a jego
włosy zwisały w długich,
namaszczonych olejkami lokach, aż do pokrytych jedwabiami
ramion. Uśmiech Conana
zmienił się w wilczy grymas na widok władcy Kitharów i
bijącego czołem w podłogę przed
tronem, małego, zdradzieckiego Bourtai.
Conan posłał wszystkim drwiący śmiech i parsknął na
strażników, ponownie bijących
pokłony swemu panu.
Nie ma po co tego robić, niewolnicy wymalowanego
człowieka. Nawet ten marmur nie
wbije w wasze puste głowy rozumu!
Strażnicy z halabardami stojący wokół tronu wydali pełen
złości okrzyk i tarcze
zadzwięczały o zbroje, gdy ruszyli w stronę barbarzyńcy,
celując w niego ostrzami swej
broni. Mężczyzna siedzący na tronie podniósł tłustą dłoń
obwieszoną pierścieniami, a
pomalowane na złoto paznokcie zaświeciły w promieniach
słońca, na co strażnicy wrócili na
swoje miejsca. Barbarzyńca próbował splunąć w ich stronę,
jednak z zaschniętych ust nie
spłynęła ani jedna kropla wilgoci. Poczuł zimny dotyk
Strona 42
Howard Robert E - Conan. Synowie boga niedzwiedzia.txt
stali na płonących gorączką,
spuchniętych kostkach i nadgarstkach, i wiedział, że jego
więzy opadły.
Zmieszna namiastka wolności! Był bezradny jak okaleczony
żebrak bez stóp i dłoni, a
krew tłocząca się do zdrętwiałych członków powodowała
okrutny ból. Usta Conana odsłoniły
zaciśnięte zęby, gdy zgiął zdrętwiałe kolana próbując się
podnieść. Niewładnymi palcami
powoli przyciągnął do siebie włócznię, na której był
niesiony i przytrzymując ją między
przedramionami zaczął wstawać. Nieużywane dawno mięśnie
prawie rozrywały mu skórę na
ramionach, na szyi pojawiły się stalowe węzły, jednak po
chwili, która dla niego była
wiecznością, udało mu się stanąć na nogach.
Zrobiło mu się ciemno przed oczyma, a cała komnata
zawirowała szaleńczo, jednak nie
poddał się, trzymając się prosto, z dumnie uniesioną
głową. Stopy, które były jak z kamienia,
lecz bolały jak najbardziej czułe na ból miejsca,
zostawiały na białym marmurze krwawe
plamy. Na szeroko rozstawionych nogach, ze świstem
wciągając powietrze przez zaciśnięte
zęby, stał wyprostowany przed tronem, a krople krwi z
jego ran kapały na posadzkę. Powoli
odzyskując siły w ramionach odrzucił do tyłu grzywę
długich włosów i utkwił spojrzenie w
twarzy zniewieściałego satrapy.
Wokół niego, stali drżąc, rudowłosi strażnicy oraz
odziani w złoto gwardziści władcy, z
wymierzonymi w niego włóczniami. Conan odrzucił włócznię,
na której się wspierał. W
przytłaczającej ciszy z niesamowitym hałasem potoczyła
się po marmurze. Pózniej zabrzmiał
śmiech. Gardłowy, z trudem wydobywający się z
wyschniętych ust, jednak jasno wyrażający
drwinę i odwagę barbarzyńcy.
Podejdz, mężczyzno zamieniony w kobietę rzucił w
stronę tronu. Osądz Conana,
jeśli masz odwagę!
Rudowłosi strażnicy szeptali zaniepokojonymi głosami,
lecz gwardziści nie wykonali
żadnego ruchu, nie rozumiejąc słów w nieznanym języku,
chociaż wyczuli czającą się w
głosie Conana grozbę. Bourtai podniósł twarz w jego
stronę i małpimi grymasami próbował
go uciszyć, jednak oczy olbrzyma utkwione były wyzywająco
Strona 43
Howard Robert E - Conan. Synowie boga niedzwiedzia.txt
w twarzy wymalowanego
króla, uśmiechającego się sztucznie i bawiącego się swymi
długimi lokami. Na jego czole
spoczywał diadem, szczerozłoty, z ogromnym rubinem
pośrodku. Dopiero po chwili
Cymmeryjczyk zauważył, że krwisty klejnot był figurką
stojącego na tylnych łapach
niedzwiedzia.
W komnacie zapadła zupełna cisza. Z jakiegoś innego
pomieszczenia dochodziła, niczym
szmer fontanny, melodia grana na lutni i kobiecy głos
śpiewający coś w nieznanym Conanowi
języku. Powietrze było ciężkie i słodkie od aromatu
kadzideł. Król skinął lekko głową, a jego
wzrok omiótł szybko stalowe mięśnie barbarzyńcy, potem
klasnął delikatnymi dłońmi.
Za tronem rozchyliła się złota zasłona i pojawiło się
trzech ludzi lub diabłów Conan nie
miał pewności.
Pierwszy odziany był w czarną jak noc togę, a zamiast
głowy miał łeb wielkiego
brunatnego niedzwiedzia. Jego strój migotał tysiącem
gwiazd i księżyców. Drugi miał głowę
węża, a na jego zielonej szacie znajdowała się
kryształowa kula, w której tańczyły płomienie i
smugi dymu, a w nim przewijały się twarze demonów. Trzeci
miał szkarłatną szatę, a na niej
złoty trójnóg z kręgiem oślepiającego światła.
Na ich wejście jeden z czarnoksiężników dzgnął lekko
[ Pobierz całość w formacie PDF ]