[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Odpowiedz zawsze była taka sama:
- Mnie ten bałagan nie przeszkadza. Dobrze wiem, gdzie co mam.
Wychodził z niego wtedy typowy pilot mający wszystko pod kontrolą i przekonany o własnej nieomylności.
W końcu codzienne przewożenie setek ludzi na wysokości kilku kilometrów wymagało pewności siebie.
Connor dobrze go rozumiał. Był taki sam jak on. Jednak nie mógł się nadziwić, że człowiek z pozoru tak mało
zorganizowany mógł kiedyś pilotować samoloty pasażerskie. Nie zmieniło to faktu, że Connor odnosił się do
ojca z największym szacunkiem, a wizyty na ranczo upływały w przyjemnej atmosferze.
Gdy zatem pojawiła się możliwość kupna lokalnego lotniska za rozsądną cenę, Connor postanowił
wykorzystać dwudniowy urlop, by pojechać do Cambrii i porozmawiać z ojcem o swoich zamiarach. Był
dobrej myśli. Cóż bowiem znaczyło sto tysięcy dla kogoś tak zamożnego jak Loren, tym bardziej, że jego
ojciec zawsze był człowiekiem szczodrym, chętnie wspomagał finansowo organizacje dobroczynne i rozmaite
fundusze stypendialne. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? W owym czasie mama Connora już nie żyła,
a ojciec miał za sobą pierwszy zawał. Podczas pobytu w szpitalu sam powiedział, że cały swój majątek zapisze
dzieciom.
Connor nie chciał od razu przechodzić do sedna sprawy. Przez pierwsze pół godziny, siedząc na werandzie,
z której rozciągał się przepiękny widok na porośnięte dębowym lasem wzgórza, gawędzili o wszystkim i o
niczym. Dopiero gdy rozmowa zeszła na temat jego przedłużającego się pobytu w Los Angeles, uznał, że
nadszedł odpowiedni moment.
- Tato, nie wspominałem o tym wcześniej, ale poważnie zastanawiam się nad odejściem z pracy w lotnictwie
komunikacyjnym.
Ojciec spojrzał na niego, nic nie mówiąc. Zmarszczki na jego czole pogłębiły się, a twarz przybrała
kamienny wyraz.
Przełamując wewnętrzne opory, Connor opowiedział mu o planach związanych z kupnem lotniska:
- To miejsce mogłoby obsługiwać dwa razy więcej samolotów niż teraz. Przy odpowiedniej reklamie w
ciągu dwóch lat zyski mogłyby wzrosnąć nawet dwukrotnie.
Gdy skończył, zapadła na chwilę niezręczna cisza.
- Pamiętasz, jak ci mówiłem, że zawsze trzeba kończyć to, co się zaczęło. Teraz pracuj, zarabiaj i inwestuj z
głową. Na hobby takie jak prowadzenie lotniska jeszcze przyjdzie pora.
- Tato - Connor czuł narastające między nimi napięcie. - Jestem już dorosły i jeśli uznam, że powinienem
zmienić fach, zrobię to.
- W porządku - odparł ojciec z niewzruszonym wyrazem twarzy. - Co tu w takim razie robisz?
Connor miał nieodparte wrażenie, że kontynuowanie rozmowy nie ma większego sensu, ale mimo to brnął
dalej. W takiej chwili tylko otwarte postawienie sprawy mogło przynieść jakiś skutek.
- Chciałbym prosić cię o pożyczkę, tato. A może rozważyłbyś możliwość zostania moim wspólnikiem?
Moglibyśmy razem wejść w ten interes?
Ojciec najpierw zmierzył go wzrokiem, a potem zaśmiał się z niedowierzaniem.
- Nie mówisz tego poważnie?
Connor czuł, że policzki mu płoną.
- Mówię najzupełniej poważnie. Potrzebuję tych pieniędzy, tato. Już zdecydowałem. W pracy przerzucili
mnie na drugi koniec kraju, z dala od Michele, a całe to dochodzenie prowadzone przez FAA... - Connor urwał
w pół zdania.
Widział, jak oczy ojca zwężają się. Dostrzegł w nich gniew i dezaprobatę.
- Jakie dochodzenie?
Connor przedstawił pokrótce swoją wersję wydarzeń, mimowolnie starając się ukazać siebie w jak
najbardziej korzystnym świetle. Skończył słowami:
- Właśnie dlatego chcę to rzucić. Ta robota nie jest tego warta. Michele i ja na okrągło się kłócimy, a własne
córki prawie już mnie nie poznają. Muszę wrócić na Florydę.
Musisz przestrzegać pewnych zasad - oznajmił kategorycznie ojciec, wymownie potrząsając głową.
Zabrzmiało to co najmniej tak, jak gdyby Connor z rykiem silników przeleciał tuż nad wieżą kontrolną lub z
pasażerami na pokładzie wykonał odwróconą pętlę nad lotniskiem. - Zawsze miałeś z tym kłopoty, synu.
Wydaje ci się, że liczy się tylko twoje zdanie. - Ojciec zrobił krótką pauzę, po czym dodał: - Nie zrywaj z
lataniem, bo jeszcze za nim zatęsknisz.
Nadzieje na pomoc ze strony ojca rozwiały się jak chmury o poranku nad Phoenix w Arizonie. Choć jeszcze
przez ponad godzinę dyskutowali często na pograniczu awantury - na temat prośby o pożyczkę i odmowy, z
jaką się spotkała, ojciec do końca pozostał nieprzejednany.
Na odchodne Connor rzucił mu w twarz:
- Skoro ty nie chcesz mi pomóc, nie oczekuj, że ja będę nazywać cię ojcem.
Loren podniósł się z krzesła, by odprowadzić go do drzwi. Nie zamierzał ustąpić, ale słowa Connora i
sposób, w jaki je wypowiedział, wyraznie go zmartwiły.
- Nie zachowuj się jak dziecko.
Słuchaj... - Connor obrócił się gwałtownie i spojrzał ojcu prosto w oczy. Jego serce wypełniał gniew będący
zarówno skutkiem zawiedzionych oczekiwań, jak i braku ojcowskiej miłości. Gniew, który narastał w nim
przez wiele lat, musiał teraz znalezć ujście. - Od zawsze zastanawiałem się, co ty tak naprawdę o mnie sądzisz -
syknął wściekle, nie mogąc się opanować. - Teraz już wiem. Uważasz, że jestem nadmiernie pewny siebie,
arogancki i nieodpowiedzialny. - Gdy to mówił, na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. - Wiesz co?
Dopóki nie zmienisz zdania, nie znamy się.
To powiedziawszy, ruszył w stronę drzwi. Gdy chwytał za klamkę, obrócił się raz jeszcze i lodowatym
tonem powiedział:
- Teraz twój ruch.
Miał nadzieję, że ojciec wyciągnie do niego rękę i, łapiąc go za ramię, powie mu, żeby się nie wygłupiał, że
to nieporozumienie, a potem zaproponuje mu, by usiedli przy stole i już bez zbędnych emocji obgadali sprawę
pożyczki albo przynajmniej porozmawiali o ich wzajemnych relacjach. Pózniej, analizując wielokrotnie tę
sytuację, Connor nabrał przekonania, że wcale nie chodziło o pieniądze. W każdym razie jemu.
Tak naprawdę szukał u ojca akceptacji. Lotnisko i pożyczka na jego zakup były tylko pretekstem. Niestety,
nieugięta postawa ojca i jego oschłe słowa sprawiły, że Connor poczuł się głęboko dotknięty i uznał, że
tamtego dnia łącząca ich więz definitywnie uległa zerwaniu.
Po tej konfrontacji Connor czuł się jak porzucone dziecko. Miał mętlik w głowie i zupełnie nie wiedział, co
teraz ma zrobić. Miał ochotę rzucić wszystko i zacząć żyć od nowa. Latanie nie dawało już mu satysfakcji, z
dnia na dzień stracił ojca i nie układało mu się w małżeństwie.
O ile Connor nadal kochał żonę, choć może już nie tak mocno jak dawniej, o tyle ona całkowicie przestała
się nim interesować. Utrata ukochanej matki i frustracja związana z jego przymusowym przeniesieniem do Los
Angeles spowodowały u niej nawrót depresji. Widywali się tylko kilka razy w miesiącu i Connor zaczął
obawiać się, że ich miłość już nigdy nie powróci. Zniknęła gdzieś Michele patrząca mu w oczy i wsłuchująca
się w głos jego serca, jej spojrzenie stało się nieobecne, obce. Często zdarzało się, że ledwie wszedł do domu,
[ Pobierz całość w formacie PDF ]