[ Pobierz całość w formacie PDF ]
na górę szafek kuchennych szmaty, poniewierające się tekturowe pudełka i przybory kuchenne. Reszta
mebli stała chyba w najbardziej oczywistych miejscach. Nawet stół byłoby ciężko postawić gdzieś indziej.
Zapakował torbę podróżną najbardziej potrzebnymi rzeczami i zaniósł do samochodu. Wrócił biegiem na
górę; dla pewności usiadł na szerokim parapecie kuchennego okna, odsuwając nogi od krawędzi. Czekał.
Zrobił wszystko, co w jego mocy, by nie dopuścić do kolizji. Nie wystawił na korytarz jedynie stolika z
nowym telewizorem, ale nie miało to specjalnego znaczenia, bo... gdyby miał kobietę, to stałaby tam szafa.
Błysk pioruna. Piotr zaczął liczyć: raz, dwa, trzy, cztery... Rozległ się stłumiony przez dzwiękoszczelną
szybę grzmot. Dwa kilometry. Praktycznie jest u drzwi.
Piotr poderwał się, słysząc pukanie. Zaskoczony, przez chwilę nie wiedział, co powinien zrobić. W końcu
zapytał niepewnie:
- Kto tam?...
- Sąsiad! Wystawił pan krzesła?
- Tak, wystawiłem.
- Znaczy... nie potrzebuje ich pan?
- Potrzebuję... Wystawiłem, bo... przeprowadzam dezynsekcję.
Głos zza drzwi nie odezwał się więcej. Za oknem co kilka chwil pojawiała się kolorowa błyskawica.
Ciche cmoknięcie otwieranego wina nastąpiło w pół sekundy po nagłej zmianie ciśnienia w
pomieszczeniu.
- ...ro ty nie otworzysz, to ja muszę.
Piotr odwrócił gwałtownie głowę od okna i zamrugał oczami, łapiąc ostrość. Widok, który ujrzał,
odpowiadał temu, czego się spodziewał, ale serce i tak na moment podeszło mu do gardła. Monika
spojrzała na niego równie zdziwiona.
- Co ty wyprawiasz?
Patrzył na nią jak na ducha. Ubrana w czerwoną suknię wieczorową i czerwone szpilki, po prostu,
najzwyczajniej w świecie, stała sobie w jego kuchni. Delikatny makijaż, włosy lekko zakręcone, do ramion.
Poza złotymi klipsami i obrączką na palcu nie miała żadnej biżuterii. Stała przy blacie kuchennym z butelką
czerwonego wina w jednym ręku i korkiem nabitym na korkociąg w drugiej. Była... piękna. Tylko to
określenie przychodziło mu do głowy.
- Co ty wyprawiasz? - powtórzyła.
- Co?...
- Siedzisz na parapecie. W brudnych butach... -Rozejrzała się po kuchni. - Co tu się dzieje? Gdzie są
meble? Gdzie tort? Przed chwilą tu stał... Przecież oni zaraz przyjdą...
Obeszła stół naokoło, zaglądając pod niego.
Puffff... Kolejna zmiana ciśnienia, jak w spadającej windzie. W miejscu, gdzie przed chwilą stała
Monika, zjawił się jej sobowtór. Druga Monika była identycznie ubrana. Również trzymała butelkę wina i
korkociąg.
Piotr wytrzeszczył oczy. Dwie na raz. Tego nie wziął pod uwagę. Obie kobiety spojrzały na siebie i obie
równocześnie upuściły wino. Dwie butelki roztrzaskały się dokładnie w tym samym momencie. Na dzwięk
tłuczonego szkła nałożył się grzmot za oknem.
Puffff... Trzecia Monika zmaterializowała się obok lodówki z kieliszkiem wina w ręku. Zajęło jej kilka
chwil, nim go upuściła i znieruchomiała z otwartymi ustami, patrząc na dwie pozostałe.
Piotr obserwował teatr, rozgrywający się w jego kuchni, z rosnącym przerażeniem. Dotarło do niego, co
nastąpi za chwilę: zabraknie miejsca! Nastąpi zderzenie!
Kolejna Monika zjawiła się bez dodatkowych efektów dzwiękowych, ale zareagowała identycznie jak
pozostałe. Kolejne szkło wylądowało na podłodze. Sekundę pózniej znikła Monika numer dwa, ale w
drzwiach do kuchni pojawiła się piąta kobieta.
Piotr odczuł nagłą potrzebę ucieczki. Ile czasu zajmie dobiegnięcie do drzwi i otwarcie ich? Dwie
sekundy?
Bach! Kolejna Monika zjawiła się z hukiem i od razu zaczęła krzyczeć z bólu. W jej stopie tkwił spory
kawałek rozbitej wcześniej butelki. Pojawiła się pierwsza tego wieczoru krew. To przeważyło. Piotr
zeskoczył z parapetu i rzucił się do drzwi z zamiarem zrejterowania. Już wyciągał rękę do klamki, gdy
przed oczami zobaczył czerwień i wpadł w coś miękkiego. Stracił równowagę i runął na Monikę numer
sześć.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]