[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Wówczas, będąc związany walką od czoła, chcąc uniknąć okrążenia, musiał odstąpić
w tył. Gdy centrum uległo panice, postęp nieprzyjaciela stał się tak szybki, że tylko po-
spieszny odwrót mógł uchronić ciężką piechotę od zamknięcia w potrzasku. Zostawiono
to wreszcie (wszystkie zebrane świadectwa były bardzo korzystne dla Ambegena!), ale
wzięto się za Terezę  i tu już Ambegen zdrowo się namęczył, by wybronić swoją pod-
setniczkę, której, wbrew rozkazom z Alkawy, pozwolił na coś więcej niż tylko głębokie
rozpoznanie. . . Bardziej pomógł jej Rawat. . . bo już sama jego obecność przy spóz-
nionym oddziale pomieszała szyki tym, co chcieli znalezć dziurę w całym. Zastępca
Ambegena był nie tylko setnikiem Legii Armektańskiej, ale jeszcze honor-podsetni-
250
kiem gwardii; w każdej chwili miał prawo ubiegać się o etat w formacjach elitarnych,
był niemałą wojskową figurą  i wysunięcie jakichkolwiek oskarżeń przeciw niemu
łatwo mogło narazić na śmieszność i niemałą kompromitację zawziętych poszukiwa-
czy kozła ofiarnego. . . Zarzucono więc roztrząsanie tej niewygodnej sprawy, by zaraz
znowu dociekać, dlaczego garnizon Erwy od trzech miesięcy ponosi same klęski. Am-
begen tylko na to czekał; dano mu wreszcie broń do ręki! Nie przejmując się zanadto,
wyrąbał całą prawdę o zaopatrzeniu stanicy, skrupulatnie też wyliczył otrzymane posił-
ki, na które składały się dwa kliny jazdy (od sąsiadów z zachodu) oraz jakaś straszna
mieszanina niedoszkolonych żołnierzy różnych formacji, szykowanych w Rinie na uzu-
pełnienia dla całego okręgu. Zledztwo-nie-śledztwo przemieniło się w prowadzące do-
nikąd przepychanki. W kandydacie na komendanta okręgu narastało zniecierpliwienie,
powoli przeradzające się w pospolity gniew.
Na szczęście miał sprzymierzeńca.
Jego godność B.E.R.Linez, choć nie był (czy może lepiej: już nie był) wojskowym,
miał wystarczająco dobre i znane w Armekcie nazwisko, by nawet oficerowie wyso-
kich stopni musieli się liczyć z jego zdaniem. Ponadto dysponował czymś, na czym
251
komendantowi Toru niezmiernie zależało: mianowicie dobrze wyszkolonym, uzbrojo-
nym i wyposażonym wojskiem. Własnym wojskiem, prywatnym. Linez był właścicie-
lem wielkich dóbr w okolicach Rapy, natomiast pod Północną Granicą trzymał ziemie
tej wielkości, co obszar będący pod kontrolą Erwy. Nabył te ziemie, wraz z kilkoma
wioskami, wcale nie tak dawno, a przecież już zdążył dwukrotnie pomnożyć liczbę
osad i wciąż inwestował. Jego dobra stykały się z obwodami Alkawy i Erwy, leżąc na
ich zapleczu. Linez, odgrodzony od Aleru obszarami strzeżonymi przez cesarskie sta-
nice, nie musiał wystawiać do obrony swych majątków licznych wojsk, miał jednak
cztery dziesiątki jazdy i dwie pieszych łuczników, siedzące w dwóch wioskach-stani-
cach, pod wodzą dobrych oficerów. Będąc kiedyś żołnierzem (jak prawie każdy Ar-
mektańczyk wysokiego rodu) zorganizował swoje wojsko na wzór legii cesarskich, ale
wyposażył  co tu dużo gadać  znacznie lepiej. . . %7łołnierze znali teren i potrafili
się bić. Linez siedział w Rapie, gdy dotarły doń alarmujące wieści z przygranicznych
majątków. Natychmiast kazał ściągnąć ze wszystkich swoich dóbr tyle wojska, ile tylko
się da, wziął przyboczny, dwudziestokonny poczet i nie mieszkając pojechał na pogra-
nicze. Trzy Wsie, których bronił Rawat, od północno-wschodnich rubieży jego ziem
252
oddalone były o. . . cztery mile. Wychodzące z jęzora oddziały Alerów spaliły mu już
dwie wioski, złupiły zaś parę innych. Sprawy miały się naprawdę niedobrze. Jak wielu
właścicieli ziem na północy, Linez nie odprowadzał z tych gruntów podatków do impe-
rialnej szkatuły; zapłacił tylko raz, przy zakupie, ale w zamian obowiązany był bronić
wiosek własnymi siłami, odciążając w ten sposób Legię Armektańską (a więc i skarb
państwa). Jednak wobec setek i tysięcy Alerów, gospodarujących w Armekcie jak na
własnym podwórku, Linez zwrócił się o pomoc do Toru. Komendant Miven nie mu-
siał, rzecz jasna, angażować się w jego majątkach, z drugiej jednak strony, tym bardziej
nie miał prawa żądać wsparcia od prywatnych żołnierzy. A potrzebował go, i to bar-
dzo. Chodziło już nawet nie tyle o pomoc tych parudziesięciu zbrojnych, co o wioski [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl