[ Pobierz całość w formacie PDF ]

się, usiłując stosownie do okoliczności zająć jak największą przestrzeń. Kroczy
majestatycznie środkiem ulicy i rozkłada ręce. Chce być większy, niż jest. Bobby
Piękniś. Pan Ostatnich Chwil Bombaju.
Wielkimi krokami przemierza opustoszałe miasto, aż dociera do Fontanny
Flory. Zza palisady migoczących lamp gazowych wygląda mała, pretensjonalna,
usmarowana rzezba, stercząca w górę z makadamowej podstawy pokrytej smołą.
201
Bobby podchodzi bliżej i odkrywa, że nie jest jedynym aktorem. W świetle latarni
grają jeszcze dwie osoby dramatu: angielski chłopak i krowa.
 Boże wszechmogący!  bełkocze Anglik.  Co trzeba zrobić, żeby po-
traktowali cię po ludzku w tej dziurze? Co za obraza. Cholerna obraza.
Wygląda na to, że rozmawia z krową. Bobby ostrożnie podchodzi bliżej. Przy-
staje na granicy kręgu światła. Chłopak chwieje się na nogach i szpera po kiesze-
niach. Znajduje płaską flaszkę, pociąga z niej spory łyk i najwyrazniej coś posta-
nawia.
 Dobra, krowo. Skoro nie grasz fair, nie będę się cackać. Ostrzegam. Mówię
do ciebie: sos chrzanowy i Yorkshire pudding.
Krowa patrzy na niego nieporuszona. Chłopak traci cierpliwość.
 Stek, idiotko! Duszony! Nie żartuję. Nie obchodzą mnie te wasze towa-
rzystwa ochrony krów i cała reszta hinduskich fanklubów. Zjem cię, ty świńska
krowo.
już ma zamiar zdzielić zwierzę w nos, gdy dostrzega Bobby ego.
 Alleluja!  krzyczy.  Ktoś ze strunami głosowymi. Bridgeman jestem.
To bydlę mnie wykończy. Nie wiesz przypadkiem, gdzie tu można kupić tarte?
Bobby z namysłem kiwa głową. Twarz Bridgemana rozjaśnia się uśmiechem.
 Ha!  wrzeszczy jak ktoś, kto zdobył punkt w trudnej rozgrywce, i z
radości klepie krowę po zadzie.  Zabierz mnie tam. Od razu. Mówiłeś, że jak
się nazywasz, stary?
Bobby nie mówił. I wcale nie jest przekonany, że chce kogokolwiek dokądkol-
wiek prowadzić. Bridgeman wygląda żałośnie. Nie ma jeszcze dwudziestu lat. Je-
go szorstka skóra jest sina od wypitego za dnia alkoholu, a ubranie nosi zaschnięte
ślady po jedzeniu. Nawet gdyby był trzezwy, jego twarz nie budziłaby zaufania.
Jest nalana, ciastowata, a małe oczka i świński nos pływają w niej niczym kluski
w tłustej zupie. U pijanego Bridgemana cała głowa pod grzywką prostych kaszta-
nowatych włosów zdaje się niemile ruchliwa. Jak galareta. Rozchwiana. Niestała.
Ale Bridgeman ma pieniądze. I udowadnia to. Wyciąga z kieszeni plik bank-
notów i powiewa nimi zamaszyście.
 Robert, przyjacielu  bełkocze  idziemy się zabawić. Wielki finał.
Gdzie się podziało to przeklęte krówsko?
Bridgeman twardo upiera się, że krowa też powinna z nimi iść. Gdy orientuje
się, że zwierzę gdzieś powędrowało, ma zamiar ruszyć na poszukiwania. W końcu
akceptuje stratę i pozwala Bobby emu prowadzić się w stronę dzielnicy czerwo-
nych latarni. Po drodze gada jak najęty, budząc w Bobbym zdziwienie (siłą głosu,
sprytem i całkowitą obojętnością na słuchacza) oraz przeczucie nadejścia czegoś
nieuchronnego.
Zanim docierają na koniec Esplanade Road, Bobby wie już prawie wszystko
o Jonathanie Bridgemanie, począwszy od przedwczesnych narodzin na podłodze
stacji pocztowej w Biharze, a skończywszy na powodach, dla których tak spił się
202
w Bombaju prawie osiemnaście lat pózniej. Okazuje się, że jeśli chodzi o wiek,
dzieli ich tylko miesiąc różnicy i że Bridgeman jest nałogowym pijakiem w dru-
gim pokoleniu. Syn pary dypsomaniaków spędził pierwsze lata dzieciństwa na
plantacji herbaty swojego ojca pośród wzgórz w pobliżu Darjeelingu, pomagając
mu w kleceniu prowizorycznych kotłów destylacyjnych.
Kiedy matka Bridgemana spadła z werandy i skręciła kark (co nastąpiło, gdy
Jonathan był jeszcze dzieckiem), jej pogrążony w żałobie mąż przysiągł sobie, że
nigdy nie wyśle syna do szkoły w Anglii; co więcej  nigdy nie spuści z oka
Jedynej Rzeczy, Jaka Mu Została. Tym sposobem w wieku dziesięciu lat Jonathan
umiał jezdzić konno, strzelać i świetnie mieszać dżin z tonikiem, ale nie umiał ani
czytać, ani pisać. Jego ojciec zupełnie się tym nie przejmował. W jego mniema-
niu to umiejętność czytania spowodowała zgon jego żony, która poślizgnęła się
na egzemplarzu magazynu  Blackwood s , beztrosko porzuconym na frontowych
schodach.
W chwilach zdolności do działania Bridgeman senior całą energię poświęcał
pędzeniu nowego gatunku alkoholu z liści herbaty. Po udoskonaleniu receptury
ów eliksir miał wyprzeć szkocką whisky i zająć jej miejsce w sercu brytyjskie-
go pospólstwa, czyniąc swego twórcę niewiarygodnie bogatym. Niestety, czy to
z racji błędów w procesie produkcji, czy może dlatego, że liście herbaty zupełnie
się do tego nie nadają, większość partii Herbacianej Whisky Bridgemana wywo-
ływała ataki apopleksji albo czasową ślepotę. W końcu jej producent uzupełnił
recepturę o ryż.
Podatny na napady depresji, podczas których strzelał na oślep do swoich pra-
cowników z małokalibrowego karabinu używanego do polowań, pan Bridgeman
wreszcie zrozumiał, że nawet dodanie ryżu nie uratuje go przed ruiną. Dozna-
ny zawód wywołał większe niż zazwyczaj przygnębienie. W wyniku negocjacji
z okręgowym komisarzem policji (wspieranym przez pluton Gurkhów) uwolnił [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl