[ Pobierz całość w formacie PDF ]

samowitych widoków, jakie kapitan Gorow kiedykolwiek widział w życiu. Miał
na sobie tak wiele warstw wodoszczelnego ubrania, że z trudem się poruszał,
jednak na swoim niebezpiecznie wyeksponowanym, odsłoniętym stanowisku po-
trzebował jak najlepszego zabezpieczenia, aby uchronić się przed zamarznięciem
na śmierć. Jak żywy piorunochron, umocowany na szczycie nadbudówki okrętu,
poddany był wiejącemu z huraganową prędkością wiatrowi, zasypywały go masy
zmrożonego śniegu, zalewały zimne fontanny wody i piany. Oblepiała go wyjąt-
kowo gruba warstwa lodu, na której nie widniała najmniejsza choćby szczelina;
na szyi, ramionach, łokciach, nadgarstkach, biodrach i kolanach pojawiły się co
prawda rysy i pęknięcia, lecz nawet w owych punktach załamań spod białej zbroi
nie wystawał choćby drobny fragment sztormowego kombinezonu. Nieszczęsny
wysłannik piekieł świecił się, błyszczał i lśnił. Przypominał Gorowowi robione
z ciasta figurki ludzkie, pokryte smaczną białą polewą, którymi czasami obdaro-
wywano w Moskwie dzieci na Nowy Rok.
Drugi marynarz stał na krótkiej drabince prowadzącej z mostka na szczyt nad-
budówki; mocno przywiązany do jednego ze szczebli, dzięki czemu miał wolne
188
ręce, mocował kilka wodoszczelnych, aluminiowych kontenerów do długiego łań-
cucha, wykonanego ze stali tytanowej.
Zadowolony z faktu, że praca jest na ukończeniu, Gorow powrócił na swoje
stanowisko i podniósł do oczu noktowizor.
22:56
GODZINA I CZTERY MINUTY DO DETONACJI
Przerazliwy wiatr wiał od tyłu, co umożliwiło im dotarcie do rozpadliny przy
użyciu pojazdów śnieżnych. Gdyby musieli przebijać się w kierunku przeciw-
nym do szalejącego sztormu, przemieszczanie byłoby utrudnione z powodu bar-
dzo ograniczonej widoczności. W takim przypadku równie dobrze, a nawet lepiej,
mogliby się poruszać pieszo, chociaż krępowałaby ich lina, którą byliby przewią-
zani, aby uchronić się przed przewróceniem i porwaniem przez wichurę. Jadąc
z wiatrem, mieli znacznie lepszą widoczność, sięgającą momentami dziesięciu do
piętnastu metrów; pogarszała się ona jednak z każdą minutą. Wkrótce zostaną
całkowicie oślepieni przez białą kipiel.
Kiedy znalezli się w bezpośredniej bliskości rozpadliny, Harry zatrzymał swój
pojazd i  z pewną niechęcią  wysiadł na zewnątrz. Chociaż trzymał się klam-
ki, podmuch wiatru powalił go na kolana. Kiedy wichura na moment osłabła, wstał
z dużym wysiłkiem i chwycił się drzwi, przeklinając sztorm.
Pozostałe pojazdy zatrzymały się za nim. Ostatni wehikuł był od niego oddalo-
ny tylko o trzydzieści metrów, jednak nie mógł zobaczyć niczego oprócz żółtawej
poświaty w miejscu, gdzie powinny znajdować się reflektory. Ich światło było tak
nikłe, że zastanawiał się, czy nie jest ono tylko złudzeniem przemęczonych oczu.
Wreszcie odważył się puścić klamkę, zgarbił się, próbując uchronić się przed
atakami wichury, i pobiegł do przodu, oświetlając latarką powierzchnię lodu, do-
póki nie nabrał pewności, że na leżącej przed nimi przestrzeni nie ma żadnych
szczelin i pęknięć. Przemarzł do szpiku kości  chociaż oddychał przez maskę,
zimne powietrze drapało go w gardle i wywoływało ból w płucach. Powrócił do
względnie ciepłej kabiny pojazdu i ostrożnie przejechał trzydzieści metrów, zanim
znowu wysiadł, aby przeprowadzić kolejny rekonesans.
Ponownie znalazł rozpadlinę i tym razem uniknął zatrzymania się na samej
krawędzi. Szczelina miała trzy do czterech metrów szerokości i zwężała się ku
dołowi; panujących w niej ciemności nie było w stanie rozproszyć światło jego
latarki.
Jak daleko sięgał wzrokiem przez swoje zmrożone gogle, które zaraz po prze-
190
tarciu pokryła nowa warstwa lodu, ściana, po której mieli schodzić, nie była zbyt
stroma i zejście po niej nie powinno nastręczać specjalnych trudności. Nie mógł
być do końca pewien tego, co widział: kąt, pod jakim obserwował urwisko, szcze-
gólny sposób, w jaki lód odbijał i załamywał światło, cienie tańczące przy naj-
mniejszym poruszeniu latarki, śnieg zdmuchiwany przez wiatr i opadający spi-
ralnie w mroczną otchłań  wszystko sprzysięgało się, aby uniemożliwić mu
dokładne obejrzenie tego, co znajdowało się na dole. Niecałe trzydzieści metrów
niżej zobaczył coś, co wyglądało na dno rozpadliny lub szeroką półkę lodową, do [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl