[ Pobierz całość w formacie PDF ]
mały sprawdzian. A teraz zabierz ode mnie to cholerstwo. - Dominga ostrożnie zdjęła amulet
z dłoni. Starała się nie dotknąć mojej skóry. Nie wiem czemu, ale stanowiło to dla niej spory
wysiłek. - Niech to szlag, cholera - wyszeptałam pod nosem. Otarłam dłoń o brzuch,
dotykając ukrytego tam pistoletu. Pocieszało mnie, że gdyby sprawy przybrały naprawdę
kiepski obrót, mogłam ją po prostu zastrzelić. Zanim na śmierć mnie przerazi. - Czy
moglibyśmy wreszcie przejść do rzeczy? - spytałam niemal całkiem spokojnym głosem.
Punkt dla mnie. Dominga ujęła amulet w dłonie.
- Sprawiłaś, że szpony się poruszyły. Byłaś wystraszona, ale nie zdziwiona. Jak to? - Co
mogłam odpowiedzieć? Nic, czym chciałabym się z nią podzielić. Nie chciałam, by o tym
wiedziała.
- Jest pewna więz, która łączy mnie ze zmarłymi. Niektórzy umieją czytać w myślach, ja
potrafię to.
- Czy naprawdę uważasz - uśmiechnęła się - że twoja zdolność ożywiania zmarłych to
jedynie salonowe sztuczki, jak telepatia?
Najwyrazniej Dominga nigdy nie spotkała dobrego telepaty. W przeciwnym razie nie drwiłaby
z ich zdolności. Na swój sposób telepaci byli równie przerażający jak ona.
- Ożywiam zmarłych, Senora. To tylko moja praca.
- Nie wierzysz w to, podobnie jak ja.
- Ale bardzo się staram - odparłam.
- Już kiedyś ktoś cię sprawdzał - oznajmiła.
- Moja babcia ze strony matki, ale nie w taki sposób. - Wskazałam na wciąż poruszającą się
łapkę. Wyglądała jak jedna z tych koszmarnych ruchomych zabawek. Teraz gdy nie
trzymałam jej w dłoni, mogłam próbować przekonać samą siebie, że to tylko taki drobiazg na
baterie. No jasne.
- Była kapłanką voodoo? - Skinęłam głową. - Czemu się u niej nie uczyłaś? - spytała.
- Mam wrodzony dar ożywiania zmarłych. To w żaden sposób nie dyktuje moich przekonań
religijnych.
- Jesteś chrześcijanką. - W jej ustach to słowo zabrzmiało jak obelga.
- Zgadza się. - Wstałam. - Chciałabym powiedzieć, że było mi miło, ale musiałabym
skłamać.
37
- Zadaj mi pytania, chica. Przecież po to tu przyszłaś.
- %7łe co? - zmiana tematu nastąpiła jak dla mnie zbyt szybko.
- Zapytaj o to, o co miałaś mnie zapytać - odparła.
Spojrzałam na Manny ego.
- Skoro mówi, że na nie odpowie, to znaczy, że tak będzie. - Nie wydawał się z tego powodu
zbytnio zachwycony.
Ponownie usiadłam. Jeszcze jedna obelga i spadam stąd. Jeśli jednak naprawdę mogła mi
pomóc, niech to szlag, wciąż łudziłam się nadzieją. I po tym, co ujrzałam w domu
Reynoldsów, postanowiłam się tego trzymać. Zamierzałam formułować pytania możliwie jak
najdelikatniej, ale teraz było mi to obojętne.
- Czy w ciągu ostatnich paru tygodni ożywiłaś jakiegoś zombi?
- Kilka - odparła.
W porządku. Zastanawiałam się przez chwilę, zanim zadałam kolejne pytanie. Znów
poczułam tę poruszającą się rzecz w mojej dłoni. Otarłam rękę o nogawkę spodni, jakby ten
gest mógł zatrzeć nieprzyjemne wrażenie. Co mogłaby mi zrobić, gdybym ją obraziła? Nie
pytaj.
- Czy wysłałaś zombi w celu... ee... dokonania na kimś zemsty? - Otóż to, uprzejme pytanie,
coś podobnego.
- Nie.
- Na pewno? - spytałam.
- Pamiętałabym, gdybym powołała z grobu jakichś morderców. - Uśmiechnęła się.
- Zabójcze zombi nie muszą być mordercami - odparłam.
- Och. - Uniosła jasne brwi. - Tak dobrze znasz się na zabójczych zombi?
Poczułam się jak uczniak przyłapany na kłamstwie.
- Spotkałam dotąd tylko jednego.
- Opowiedz mi o tym.
- Nie - stwierdziłam stanowczo. - To sprawa osobista. - Mój prywatny koszmar, którym nie
zamierzałam dzielić się z królową voodoo. Postanowiłam nieznacznie zmienić temat. -
Ożywiałam już w swojej karierze morderców. Nie byli bardziej brutalni i skorzy do przemocy
niż zwyczajni nieumarli.
- Ilu zmarłych, ożywiłaś? - spytała.
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami.
- Podaj liczbę... rzecz jasna w przybliżeniu. Zastanów się dobrze.
- Nie potrafię powiedzieć. Ale były ich setki.
- Tysiąc?
- Może, straciłam rachubę.
- Czy twój szef w firmie Animatorzy sp. z o.o. prowadzi dokładny rejestr?
- Zakładając, że zapisuje wszystkich moich klientów, domyślam się, że tak - odparłam.
- Chciałabym bardzo poznać dokładną liczbę - powiedziała z uśmiechem. Co mi szkodzi?
- Dowiem się, o ile to będzie możliwe.
38
- Grzeczna dziewczynka. - Wstała. - Nie ożywiłam tego twojego zabójczego zombi, jeśli to
właśnie zombi atakuje i pożera ludzi. - Uśmiechnęła się, prawie się zaśmiała, jakby uznała,
że to zabawne. - Ale znam ludzi, którzy nigdy nie zgodziliby się z tobą mówić. Ludzi
zdolnych do popełnienia tak koszmarnego czynu. Zapytam ich, a oni mi odpowiedzą.
Wyciągnę od nich prawdę i przekażę ci ją, Anito. - Wymówiła moje imię prawidłowo Ahniiito.
Zabrzmiało to dość egzotycznie.
- Bardzo dziękuję, Senora Salvador.
- Ale w zamian za tę informację poproszę cię o coś. Mogłam się założyć, że to nie będzie nic
przyjemnego.
- O co konkretnie, Senora?
- Chcę, abyś poddała się dla mnie jeszcze jednemu sprawdzianowi.
Spojrzałam na nią, oczekując na konkrety; bez rezultatu.
- O jaki sprawdzian chodzi?
- Zejdz na dół, pokażę ci - odparła miodopłynnym tonem.
- Nie, Domingo - rzucił Manny. Podniósł się z miejsca. - Anito - zwrócił się do mnie - nic, co
Senora może ci wyjawić, nie jest tego warte. Wiem, czego ona od ciebie chce.
- Mogę rozmawiać z ludzmi i istotami, które nie zechcą mówić z żadnym z was. Z prawymi
chrześcijanami jak wy - odezwała się Dominga
- Daj spokój, Anito, nie potrzebujemy jej pomocy. - Ruszył w kierunku drzwi. Nie podążyłam
za nim. Manny nie widział tej zmasakrowanej rodziny. Nie dręczyły go, jak mnie ubiegłej
nocy, koszmary o utytłanych we krwi pluszowych misiach. Nie odejdę stąd, o ile ta kobieta
mogła mi pomoc. Czy Benjamin Reynolds żył jeszcze, czy już nie, przestało mieć znaczenie.
To coś, czymkolwiek było, niebawem znowu zabije. A ja mogłam się założyć, że ów stwór
miał coś wspólnego z voodoo. To nie była moja działka. Potrzebowałam pomocy, i to jak
[ Pobierz całość w formacie PDF ]