[ Pobierz całość w formacie PDF ]

on i jej brat nazywali ją króliczkiem. Czy to możliwe, że zęby
Brendy były kiedyś nierówne albo wystające? Zatem musiała
w młodości nosić aparat, ale Fletch ani rusz nie był w stanie
przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widziaÅ‚ BrendÄ™ z metalo­
wymi drutami w buzi.
Jakkolwiek by było w przeszłości, obecnie jej uzębienie było
nie tylko godne każdej reklamy, piękne i... ależ tak, erotyczne!
102 TYDZIEC DO ZLUBU
Z wysiłkiem oderwał wzrok od ust Brendy, tylko po to, żeby
z niesmakiem stwierdzić, że jego rywale też z zachwytem wpa­
trujÄ… siÄ™ w niÄ…, jak bezwiednie i zarazem seksownie obgryza
koniec zwykłego żółtego ołówka.
Brenda odłożyła swoją listę.
- Niewiele jest zadań, które mógłbyś wykonać i nie uszar-
gać przy tym swych stylowych szatek.
- PowiedziaÅ‚em już, żebyÅ› nie zwracaÅ‚a uwagi na moje ubra­
nie.
Brenda popatrzyła na niego spode łba.
- Owszem, ale dostaÅ‚eÅ› tÄ™ koszulÄ™ od mamy na Å›wiÄ™ta i bÄ™­
dzie na mnie zła, jak się okaże, że kazałam ci w niej pracować.
- Nie ma sprawy - powiedział Fletch i jednym ruchem
ściągnął koszulę przez głowę.
Cóż za wspaniała okazja, żeby pokazać się Brendzie w całej
okazałości pięknego męskiego, wysportowanego i opalonego
ciała! Po prostu wymarzona! No i bardzo nie na rękę tym trzem
smutnym matołkom!
Brenda jednak w ogóle nie zareagowaÅ‚a na gest godny tor­
readora po skończonej walce z bykiem. Szkoda! Dobrze, że
przynajmniej po kwaśnych minach  matołków" widać, iż pokaz
nie poszedÅ‚ na marne. Nie byÅ‚o to wprawdzie zbyt fair w sto­
sunku do rywali, ale w końcu kto im broni podobnych pokazów?
ProszÄ™, każdy z nich ma prawo Å›ciÄ…gnąć koszulÄ™, żeby oczaro­
wać dziewczynÄ™ torsem mÅ‚odego greckiego boga. PrawdÄ™ mó­
wiąc, żaden z nich nie może się z nim równać, no może Kurt,
ale on i tak nie stanowi konkurencji. Sam przyznał, że Brenda
odrzuciła go w przedbiegach.
- Co mam zrobić najpierw? - zapytaÅ‚ z uÅ›mieszkiem zado­
wolenia na ustach.
TYDZIEC DO ZLUBU
103
- Włożyć koszulę - odparowała Brenda.
Fletch skrzywił się. Nawet nie raczyła na niego spojrzeć. Inna
dziewczyna postawiona w takiej sytuacji popatrzyÅ‚aby przynaj­
mniej z podziwem, westchnęła... Był to chwyt, który zawsze
działał. Ale to dopiero początek gry, a Brenda nawet jeszcze nie
wlepiła mu gola. Co najwyżej wykonała szybki manewr piłką
i wzięła go przez zaskoczenie. Do soboty jest jeszcze masa
czasu!
- A więc - powiedziała - znajdz telefon i zamów dla nas
lunch.
- Lunch? - zdziwił się Fletch, który właśnie zjadł śniadanie.
- Tak - potwierdziła. - Jesteśmy na nogach od siódmej rano
i dla nas jest to pora lunchu.
- Ale umówiliśmy się przecież na dwunastą - zaoponował
Fletch, spoglądając na zegarek. Dochodziła pierwsza.
- Ty się umówiłeś. My umówiliśmy się na siódmą.
Gol! pomyślał Fletch.
- Tymczasem znajdÄ™ karton z koszulkami reklamowymi
i, jak wrócisz, będziesz się mógł przebrać.
 Matołki" nie kryły zadowolenia na widok greckiego boga,
którego jedna szybka riposta zmusiła do ubrania się. Fletch
zgrzytnął zębami. Jeszcze wam pokażę, zagroził im w duchu.
Zemsta jest rozkoszą bogów. Nawet ubranych.
- Nie pytam, co chcielibyście zjeść - rzucił beztrosko
w stronę kolegów. - Niespodzianki są zawsze najlepsze.
- Brendo - powiedziaÅ‚ Steve, gdy Fletch zniknÄ…Å‚ z pola wi­
dzenia.
- Mhm - odpowiedziała, zajęta szukaniem koszulek.
- Jest sprawa - dodał Mick.
104 TYDZIEC DO ZLUBU
- Jaka?
- Layton - rzucił Kurt. - Uważaj na niego.
- O co chodzi? - zdziwiła się Brenda.
- Jesteś dla niego wyzwaniem i wyraznie postanowił, że da
ci radÄ™.
Steve popatrzył na nią łagodnie.
- Jak siÄ™ zapewne domyÅ›lasz, nie jesteÅ›my być może bez­
stronni.
- Nie? A dlaczego?
Mick westchnął ciężko.
- Nieważne. Chodzi o to, że Layton jest jedynym facetem,
jakiemu w ogóle pozwalasz się zbliżyć do siebie.
- I ewidentnie postanowił to teraz wykorzystać - dodał
Kurt.
- Opowiedz mi jakiś inny dowcip - syknęła. - Ten mnie nie
śmieszy.
Brenda popatrzyÅ‚a na swoich towarzyszy. Byli poważni i za­
troskani.
- No już, przestańcie żartować.
- Niestety - powiedziaÅ‚ Steve - jesteÅ›my Å›miertelnie po­
ważni. I poniekąd jest to nasza wina.
- Jaka wina?
- Och! - westchnął Kurt - pozwoliliśmy sobie wczoraj na
szczerą rozmowę z Fletchem. Potraktowaliśmy go tak, jakby był
jednym z nas.
- CoÅ› w tym rodzaju - przyznaÅ‚ Mick. - OczywiÅ›cie, wie­
my, że wy jesteÅ›cie zaprzyjaznieni zè sobÄ… od wieków. W zasa­
dzie, gdyby Fletch chciał coś z tobą osiągnąć, mógł wykonać
ten ruch już dawno, a jednak go nie zrobił.
- Zresztą wydawało nam się, że ciebie takie typy jak on nie
TYDZIEC DO ZLUBU 105
interesujÄ… - dodaÅ‚ Kurt - zważywszy, że Layton otaczaÅ‚ siÄ™ za­
wsze tymi lalkowatymi pięknościami.
- Co nie znaczy - dorzucił Steve - że nie uważamy ciebie
za piÄ™kność, ale na pewno jesteÅ› kobietÄ… zupeÅ‚nie innego rodza­
ju. Między nami mówiąc, o parę klas lepszą niż ta Dominique.
- Tysiąc razy - potwierdził Mick z powagą.
Brenda potarła w zamyśleniu czoło.
- Ale nadal nie rozumiem... - przyznaÅ‚a. - SkÄ…d wam przy­
szło do głowy, że Fletch się mną interesuje. Nie... on zawsze
się mną interesował.
- Ale nie tak - powiedział Kurt, rzucając okiem na kolegów.
- Nie jako kobietÄ….
- Jako kobietą - powtórzyła Brenda.
- Niestety - powiedział Steve - może nam się wydaje, ale
wygląda na to, że po rozmowie z nami Fletch zorientował się,
że jesteś wyzwaniem.
- Po rozmowie z wami?
- Powiedzieliśmy mu - westchnął Mick - co jest grane.
- A co jest grane? - Brenda miała wrażenie, że od dłuższej [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl