[ Pobierz całość w formacie PDF ]

wodą. Wodą, której nie ma w miejscu, gdzie powinna być. Wodą w miejscu, w którym nie
powinna być. Tak czy inaczej trzeba bardzo uważać na wodę.
Siedząca obok Kumiko przytaknęła z wielką powagą, ale widziałem, że próbuje
powstrzymać się od śmiechu.
 Na jaką wodę?  zapytałem.
 Nie wiem, ale wiem, że chodzi o wodę  powiedział pan Honda.
W telewizji profesor jakiegoś uniwersytetu mówił, że bałagan panujący w gramatyce
japońskiej jest wiernym odzwierciedleniem bałaganu panującego w sposobie życia.  Zciśle
mówiąc, nie można tego nazwać bałaganem. Gramatyka przypomina jakby powietrze.
Nawet jeżeli ktoś na górze zdecyduje, że teraz tak zrobimy, wcale tak się nie stanie 
stwierdził. Temat wydawał się interesujący, ale pan Honda mówił dalej o wodzie.
 Szczerze mówiąc, naprawdę cierpiałem z powodu wody  powiedział.  W Nomonhan
wcale jej nie było. Linia frontu się powykrzywiała, dostawy zostały przerwane. Nie było
wody. Nie było pożywienia. Nie było bandaży. Nie było amunicji. To była straszna bitwa.
Ważne figury na tyłach interesowały się tylko tym, które tereny zajmiemy i jak szybko. Nikt
nie myślał o dostawach. Raz prawie nic nie piłem przez trzy dni. Rano wyjmowałem
ręcznik, który stawał się nocą lekko wilgotny. Wyciskałem go i wypijałem tych kilka kropel
wody, ale to tylko tyle. Poza tym nie było żadnej wody. Wtedy naprawdę myślałem, że
lepiej umrzeć. Nie ma nic gorszego niż nieugaszone pragnienie. Chętnie dałbym się
zastrzelić, byle tylko nie cierpieć tego pragnienia. Moi towarzysze postrzeleni w brzuch
krzyczeli, błagając o wodę. Niektórzy nawet zwariowali. To było prawdziwe piekło na
ziemi. Przed oczami mieliśmy wielką rzekę. Gdybyśmy do niej doszli, wody byłoby w bród,
lecz nie mogliśmy tam iść. Między nami a rzeką stał cały czas rząd sowieckich czołgów z
miotaczami ognia. Pozycje karabinów maszynowych wyglądały jak poduszeczki do szpilek.
Na pagórkach stali wyborowi strzelcy. Wieczorami wystrzeliwali race. My mieliśmy tylko
karabiny piechoty kaliber trzydzieści osiem i po dwadzieścia pięć naboi. Wielu z moich
towarzyszy mimo to poszło do rzeki po wodę. Nie mogli znieść pragnienia. Ale ani jeden nie
wrócił. Wszyscy zginęli. Kiedy trzeba spokojnie siedzieć, naprawdę trzeba spokojnie siedzieć
 przerwał, głośno wytarł nos w ligninę, sprawdził, co wydmuchał, potem zwinął ligninę i
wyrzucił.  Ciężko jest czekać, aż pojawi się nurt, ale kiedy trzeba czekać, to trzeba. W tym
czasie należy się zachowywać, jakby człowiek nie żył.
 To znaczy, że powinienem przez pewien czas być jakby umarły?
 Co?
 TO ZNACZY, %7łE POWINIENEM PRZEZ PEWIEN CZAS BY JAKBY UMARAY??!!
 Właśnie tak  powiedział.   Gdy umrzesz, pojawi się wir, Nomonhan .
Potem przez około godzinę opowiadał o Nomonhan. My tylko słuchaliśmy. Chodziliśmy
do pana Hondy przez rok raz w miesiącu, lecz prawie nigdy nie  otrzymywaliśmy
wskazówek . Prawie nie przepowiadał przyszłości. Mówił do nas nieomal wyłącznie o
bitwie pod Nomonhan. O tym, jak kula armatnia oderwała połowę głowy znajdującemu się
obok porucznikowi, jak przyskoczył do sowieckiego czołgu i rozwalił go za pomocą butelki z
benzyną, o tym, jak dogonili i zastrzelili sowieckiego pilota, który musiał awaryjnie
lądować na pustyni. Same takie historie. Każda z nich była ciekawa i sensacyjna, ale
zazwyczaj jest tak, że każda opowieść po siedmiu czy ośmiu razach traci trochę pierwotnego
blasku. Do tego nie było to po prostu słuchanie historii opowiadanych głosem o normalnym
natężeniu. Zdawało się, że pan Honda stoi nad przepaścią w wietrzny dzień i wykrzykuje
do nas, stojących po drugiej stronie, albo że oglądamy stary lm Akiry Kurosawy, siedząc w
pierwszym rzędzie podmiejskiego kina. Po wyjściu od pana Hondy przez pewien czas
mieliśmy trudności ze słuchem.
Mimo to oboje, a przynajmniej ja, lubiliśmy słuchać jego opowieści. Wykraczały poza
zakres naszej wyobrazni. Wiele z nich było krwawych, lecz ponieważ te pełne szczegółów
opowiadania snuł starzec w brudnym ubraniu, który mógł w każdej chwili umrzeć, traciły
nieco ze swojej realności i brzmiały jak baśnie. Odmalowywał przed nami zażartą walkę
sprzed pół wieku o skrawek jałowej ziemi na pograniczu Mongolii i Mandżurii, którego nie
porosła nawet trawa. Przed usłyszeniem opowieści pana Hondy prawie nic nie wiedziałem
o bitwie pod Nomonhan. Była to niewyobrażalna, heroiczna walka. %7łołnierze japońscy
walczyli właściwie gołymi rękami przeciw przeważającym liczebnie zmechanizowanym
wojskom Związku Radzieckiego i zostali zgnieceni. Wiele oddziałów zostało rozbitych,
roztartych w pył. Dowódcy, którzy chcąc uniknąć masakry oddziałów, rozkazali odwrót,
sami otrzymali potem od swoich dowódców rozkaz popełnienia samobójstwa i
bezsensownie ponieśli śmierć. Wielu żołnierzy, którzy dostali się do rosyjskiej niewoli, bojąc
się oskarżenia o dezercję w obliczu wroga, nie zgodziło się na udział w powojennej
wymianie jeńców i ich kości spoczęły w mongolskiej ziemi. Pan Honda, utraciwszy słuch,
został zwolniony z wojska i stał się wróżbitą.
 Ale może w końcu dobrze się stało  powiedział.  Gdybym nie został ranny w ucho,
pewnie wysłaliby mnie na jakąś wyspę na południu i tam bym zginął. Wielu spośród
żołnierzy, którzy przetrwali Nomonhan, zostało wysłanych na wyspy południowe i tam
poginęli. Bitwa pod Nomonhan była dla armii cesarskiej powodem nieustającego wstydu i
wszystkich żołnierzy, którzy przetrwali, skierowano na tereny najgwałtowniejszych walk. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl