[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 Ty jesteś...?  Na błyszczącym obliczu Putnama pojawiła się zmarszczka, która powoli
zmieniła się w grymas zaskoczenia.
 Nie, ona nie jest  zaprzeczyłem dobitnie.
 Ale to srebro i twoja ewidentnie mieszana krew... musisz być...
 To o niczym nie świadczy  odparłem twardo.
Zaledwie wymówiłem te słowa, Putnam padł na kolana.
 Wasza wysokość!  Chwycił słodką rękę Q. i nikczemnie zaczął ją obcałowywać.
Dysząc jak pies, mówił:  Wielbię waszą wysokość od czasu, gdy miałem kiedyś okazję
jeść obiad z twoim ojcem. Byłaś wtedy mała, miałaś sześć, może siedem lat i właśnie
wróciłaś z wizyty dyplomatycznej w cesarstwie Japonii. Odbywało się akurat doroczne
przyjęcie u Hawthornów, na którym twój ojciec pełnił honory gospodarza. Zostałem wtedy
dopiero co zwolniony z wojskowego szpitala w Manili i obejmowałem obecne
stanowisko. Jakimż wspaniałym gospodarzem był książę, twój ojciec. A ty byłaś cudowną
gospodynią, gdy stałaś obok niego i witałaś gości w ten niezapomniany wiosenny dzień.
Krzewy głogu kwitły na całego, a motyle latały dokoła, zbierając słodki nektar.
 Byłeś tam?  Q. zdawała się oczarowana wdziękiem i pamięcią mężczyzny.
Czy naprawdę był tam tego wieczoru? Czy zmyślił wszystko, żeby zakraść się do serca
mojej księżniczki?
 Byłem. I nawet miałem zaszczyt uścisnąć twoją malutką dłoń. W pierwszej chwili
wziąłem cię za japońską dziewczynkę.  Człowiek z Maine jaśniał szczęściem.
 Naprawdę?  Q. wydawała się coraz bardziej poruszona.
 Miałaś na sobie delikatne japońskie kimono...
 Tak! Moje ulubione, wciąż je mam. A więc rzeczywiście tam byłeś. To fantastyczne.
Jednak tam był. Tak jak i tysiąc innych osób! Miałem ochotę dać mu solidnego kopniaka
i wysłać go na górę, ale najwyrazniej wywołał u Q. wzruszenie, bo ukucnęła przy nim, tak
jak nie uczyniłaby tego żadna cesarzowa, i pomogła mu wstać.
Putnam wyprostował drewnianą nogę i pociągnął Q. przez ciemny pokój do osnutego
pajęczynami kąta. Chwilę szukał czegoś na półce, aż w końcu wyciągnął tom w twardej
oprawie.
 Wyznanie Margo!  powiedział podekscytowany.  Ukochana pielęgniarka, która
odeszła na wieczny spoczynek. To, co nie zostało udokumentowane w księgach, można
odnalezć w jej zapiskach, niech Bóg ją błogosławi. Margo zawsze pragnęła zostać poetką.
Putnam otworzył pamiętnik na stronach z kwietnia 1885 roku. Kilka pierwszych wpisów
było zwykłymi refleksjami na temat ciężkiej pracy pielęgniarki oddziałowej szpitala Unii.
Potem następował właściwy fragment.
Tej posępnej nocy obudził mnie młody lekarz dobijający się do moich lichych drzwi.
Chociaż ledwie wróciłam z trzynastogodzinnego dyżuru i stopy bolały mnie okrutnie od
ciągłego stania i chodzenia, wygramoliłam się z łóżka. Młody medyk powiedział, że ma
nagły przypadek umierającej kobiety, tym razem jednej z naszych, córki pastora naszej
kongregacji.
Biegłam korytarzem tak szybko, jak tylko pozwalały na to moje stare nogi. Aż trudno
sobie wyobrazić, ile my się tu musimy nabiegać, od łóżka do łóżka, z oddziału na oddział.
Patrząc tylko z zewnątrz, na fasadę, można pomyśleć, że szpital Unii jest spokojnym
miejscem, ale wewnątrz nigdzie nie ma spokoju, może z wyjątkiem tylnego skrzydła,
gdzie przebywają ci, co na zawsze odeszli.
W izbie przyjęć panował tłok. Głównej bramy szpitala pilnowali uzbrojeni strażnicy,
a w tłumie na korytarzu biegały zdenerwowane kobiety, szczebiocząc jak poranne
ptaszyny. Pośrodku tego zamieszania stał wysoki przystojny mężczyzna, podpora całej
kongregacji, mój drogi ukochany H.
W łóżku na kółkach leżała młoda dziewczyna, której krew przesiąkała przez sukienkę.
Jej ojciec podtrzymywał pogrążoną w rozpaczy małżonkę  ładną kobietę, zupełnie
pozbawioną wdzięku. Taka uszczypliwość w stosunku do kogoś dotkniętego nieszczęściem
wydawać się może nie na miejscu, ale owa kobieta zasłużyła sobie na to. Pewnego razu
rzuciła mi lodowate spojrzenie i ordynarne słowo, gdy zemdlałam w ramionach jej męża
podczas miejskiego wiecu potępiającego chińskiego okultystę Wang Dana, który
uprowadził jedyną córkę wielebnego H. Protestowaliśmy wtedy także przeciwko
amerykańskiemu poselstwu i rządowi mandżurskiemu, których interwencja w tej sprawie
życia i śmierci była nie dość stanowcza.
Rumienię się, dokonując wpisu dotyczącego wielebnego H., gdyż tak się składa, że
byliśmy kiedyś kochankami. Przypadek i samotność rzuciły nas sobie w ramiona. To
miasto potrafi uczynić pustkę w sercu człowieka.
Podczas tego właśnie wiecu, gdy byliśmy akurat świeżo po schadce, poczułam się
słabo i padłam zemdlona w ramiona mojego kochanka w obecności jego żony.
Zwymyślała mnie swoim niewyparzonym językiem, mówiąc:  Następnym razem, jak ci się
zechce mdleć, znajdz sobie inne ramiona . [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl