[ Pobierz całość w formacie PDF ]
- Już ci wspominałam. Pewnie rzuciła go dla innego faceta, a on, wku-
rzony, opuścił Los Angeles.
Liz poczuła się okropnie.
- Muszę iść. Mam dwa nakazy aresztowania. Jeśli szybko nie przy-
skrzynimy podejrzanych, to nam uciekną.
Już miały rozejść się w przeciwne strony, kiedy Carl Bundy zza biurka
dyspozytora zawołał do Liz:
- Hej, Casey, powiedz Millerowi, że przyszła do niego jakaś kobieta.
Podobno w ważnej sprawie.
Od biurka Bundy'ego odeszła młoda, elegancko ubrana, wypielęgnowa-
na kobieta o blond włosach i zgrabnej figurze. Podeszła do Liz.
- Muszę zobaczyć się ze Steve'em - oświadczyła. - To mój przyjaciel.
- Powiem, że pani tu jest. - Liz poczuła ukłucie zazdrości. - Ale oboje
wychodzimy. Pewnie poprosi, żeby pani na niego poczekała.
Kobieta roześmiała się dzwięcznie.
- Kiedy dowie się, że czeka Marla Nivens, zjawi się natychmiast -
oznajmiła z ogromną pewnością siebie. - Wyjechał z Los Angeles, bo
miał problemy, z którymi musiał się uporać...
A więc to jest kobieta z Kalifornii, pomyślała Liz. Nie miała ochoty
dłużej słuchać jej wynurzeń. Ruszyła w stronę schodów. Wiedziała jed-
no. %7łe Steve ją okłamał.
S
R
Steve siedział z kopertą w ręku. Był zirytowany.
- Poprosiłem Mulvaneya i Spicera, żeby z nami pojechali - powiedział -
bo właśnie dowiedziałem się... - Dopiero teraz zobaczył rozgniewaną
minę Liz. Jej oczy ciskały błyskawice. Zapytał szybko: - Co się stało?
Nie byli sami, więc oznajmiła obojętnym tonem:
- Masz na dole gościa.
- Nie czas na żarty. Musimy natychmiast jechać, zanim podejrzani do-
wiedzą się, że zostali zidentyfikowani, i uciekną. Wiemy, gdzie teraz są,
i...
- Powiedziała, że nazywa się Marla Nivens i że zechcesz z nią się zoba-
czyć.
Steve zbladł jak ściana, ustami zaczął nerwowo łapać powietrze. Bez
słowa zerwał się z miejsca i niemal biegiem wypadł z pokoju.
Mulvaney spojrzał na Spicera, który zapytał:
- Co go ugryzło?
- Nic - odparła Liz. Wzięła nakazy aresztowania. - Przez jakiś czas Mil-
ler będzie zajęty. Może nawet nie wróci. Jedziemy sami.
S
R
ROZDZIAA TRZYNASTY
Gdy Steve zbiegał po schodach, jego serce biło jak szalone.
- Miło cię widzieć - przywitała go Marla. Wprowadził gościa do pustej
poczekalni.
- Jak mnie odnalazłaś? - zapytał oschłym tonem. Marla usiadła na ka-
napie. Wyglądała na zdenerwowaną.
Ostatni raz widział ją na pogrzebie Julie, na którym wraz z resztą rodzi-
ny oświadczyła mu, że ponosi odpowiedzialność za śmierć siostry.
- Nikt z twoich znajomych nie chciał mi powiedzieć, dokąd wyjechałeś.
Pomyślałam, że wcześniej czy pózniej zabierzesz się do pracy i będą
potrzebne ci referencje. Tę informację uzyskałam w komendzie.
- Była poufna. Chciałem rozpocząć nowe życie, nie martwiąc się, że
wróci koszmar tamtych dni... Jak w tej chwili.
- Wybacz, że przyszłam. Muszę coś ci powiedzieć.
- Nadal nie wyjaśniłaś, w jaki sposób dowiedziałaś się na policji, dokąd
się przeniosłem.
- Kosztowało mnie to pięćset dolarów. Przekupiłam dziewczynę w dzia-
le kadr.
Steve nigdy nie interesował się Marlą. Była ładna, ale pusta, egoistycz-
na i zepsuta. Jej mąż, Jack Nivens, był przedsiębiorcą budowlanym,
ciężko harującym po to, aby żona mogła kupować sobie eleganckie
stroje.
- Gdy cię widziałem ostatni raz, oskarżałaś mnie o śmierć
S
R
twojej siostry, bo tak ją zdenerwowałem, że nie wiedziała, co robi.
Wymyślałaś mi od drani i łajdaków. Między innymi uciekłem przed
tobą. Do diabła, mów wreszcie, po co tu jesteś!
- Nie miałam prawa mówić ci wtedy takich rzeczy. Ale byłam zrozpa-
czona i wściekła. Musiałam na kimś się wyżyć. Nie byłeś odpowie-
dzialny za śmierć Julie.
- Przecież nie wiesz, co stało się tamtej nocy.
- Wiem, Steve. Wiem. - Marla wyglądała tak, jakby zamierzała się roz-
płakać. - Bo, w przeciwieństwie do ciebie, dobrze znałam moją siostrę.
Była samowolna i piekielnie uparta. Kiedy podjęła pracę w policji, mar-
twiła się o nią cała rodzina, bo Julie nigdy nie potrafiła nikomu się pod-
porządkować ani słuchać poleceń.
Steve miał dość. Chciał wracać do Liz i wszystko jej wyjaśnić, bo pew-
nie sądziła, że Marła jest jego dawną kochanką z Kalifornii, której ist-
nienia się wyparł.
. - Tamtej nocy poleciłem jej czekać na wsparcie. Było to po kłótni,
podczas której po raz pierwszy postanowiłem nie ustąpić. Wybrałem
zły moment.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]