[ Pobierz całość w formacie PDF ]

chwili Harriet ujrzała przed sobą srogiego Szkota ze wzniesionym mieczem.
Otworzyła usta, lecz krzyk przerażenia zamarł jej w gardle. Zrozumiała, że patrzy na portret,
namalowany co prawda na płótnie, lecz tak prawdziwy, że każdego widza mógł zdjąć strach.
Niepotrzebnie dała się ponieść wyobrazni! Z natury była rozumną, logicznie myślącą kobietą, ale
niesamowita atmosfera zamku nadszarpnęła jej nerwy.
Chociaż nie potrafiła się przemóc, by podejść bliżej do obrazu, próbowała porównać rysy
nowego pracodawcy z powierzchownością jego przodka. Nie znalazła dużego podobieństwa między
nimi.
Obydwaj mogli jednak wzbudzić żywe zainteresowanie w kobiecie.
Jakiś dziwny odgłos przerwał jej rozmyślania. Zaczęła nadsłuchiwać, nie wiedząc, skąd
pochodzi dzwięk. Potem rozległ się on ponownie. Ktoś nadchodził.
- Dzień dobry, panno Sainthill.
Harriet znów otworzyła szeroko usta, lecz zaraz zakryła je szybko ręką i się odwróciła.
- Och... och... przestraszył mnie pan. Dzień... dobry.
Nie poznawała własnego głosu i tylko siłą woli zdołała się opanować. O mało też nie dygnęła
przed nim, choć był tylko jej pracodawcą, a nie jakimś lordem. Spoglądał na nią surowo, ale w głębi
oczu czaił się jakby cień rozbawienia.
Najwyrazniej chciał ją świadomie przestraszyć! Ale po co? Czy bawiło go dokuczanie
pracownikom? A może się do niej uprzedził?
- Panno Sainthill, już pięć po ósmej, a pani, zamiast spieszyć do jadalni, traci czas na oglądanie
mojej galerii portretów. - Wainwright założył ręce za plecy i zrobił grozną minę. - Proszę sobie
zapamiętać, nie toleruję spóznialstwa!
Harriet sztywno skinęła głową, spuszczając z pokorą oczy. Aż się w niej gotowało ze złości i
upokorzenia, lecz okazywanie prawdziwych uczuć byłoby nieostrożne i niewłaściwe.
- Czy nie zechciałby mi pan wskazać drogi? Pańskie śniadanie nie powinno czekać powiedziała. -
Na nieszczęście nie dostałam zeszłej nocy planu zamku i nie wiem, jak znalezć jadalnię dodała
uszczypliwie, czując, że nie ścierpi niezasłużonych uwag.
Wainwright przechylił nieznacznie głowę na bok i się uśmiechnął. Nie wiedziała, czy z irytacją,
czy też z rozbawieniem. W dodatku uparcie się w nią wpatrywał. Było w tym coś dziwnie poufałego.
Harriet poczuła się niepewnie i oblał ją rumieniec. Miała nadzieję, że w półmroku nie będzie go
widać.
Nie zaofiarował jej ramienia, co zrobiłby prawdziwy dżentelmen, lecz tego Harriet nie mogła
krytykować. Była w końcu tylko guwernantką, nie gościem, a pan Wainwright bynajmniej nie okazał
się wzorem dżentelmena.
Nie zamienili już ani słowa. Harriet powoli oswajała się z nową sytuacją. Kiedy dotarli do
sklepionego korytarza, który wiódł do długiej wąskiej jadalni, Wainwright zatrzymał się i przepuścił
ją przodem.
Niemal się o niego otarła i mimo woli poczuła zapach jego ciała. Teraz, z bliska, spostrzegła, że
był smukły, muskularny i odziany w wykwintny ubiór - z pewnością szyty przez biegłego
londyńskiego krawca, ale bardzo zle utrzymany, co było dość zagadkowe. Po co wydawać krocie na
wytworne stroje, a skąpić pieniędzy na garderobianego, który by o nie należycie zadbał?
Harriet nie znała dotąd ludzi interesu prócz skromnych kupców z Harrowby, ale mimo to
Wainwright wydawał się niepodobny do nikogo, z kim się przedtem zetknęła, obojętne, jakiego stanu.
Usiadła na wskazanym jej krześle; mogła go teraz widzieć z bliska, gdyż zajął miejsce po jej
lewej ręce. Jadalnia także miała przedzielone kolumienkami okna. Wysoko pod krokwiami sufitu
wisiało kilka wyblakłych chorągwi, a ściany zdobił gobelin ze sceną wojenną.
Meble były ciemne, ciężkie i liczyły sobie co najmniej ze dwieście lat. Od dawna stały wciąż na
tych samych miejscach. Harriet łatwo mogła sobie wyobrazić posadzkę posypaną ciętym sitowiem,
psy czatujące na resztki jadła oraz rycerzy grających w kości albo popijających wino w kącie.
Brak było wprawdzie kredensu, lecz Harriet nie musiała długo czekać na posiłek. Do jadalni [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • grzeda.pev.pl